Zachód USA, czyli świątynia rozpusty, parki narodowe i piękne wybrzeże

Po odstaniu kolejnej godziny albo dwóch w korku, udało nam się wreszcie wjechać do San Francisco. Ze względu na ukształtowanie terenu jest tutaj jeszcze trudniej zaparkować niż w innych amerykańskich miastach. Na szczęście byliśmy na to przygotowani i wynajęliśmy hotel z prywatnym parkingiem, co wszystkim zmotoryzowanym polecam.

Strome ulice w San Francisco

O ile nie wszystkie miasta w USA nas zachwyciły, o tyle San Francisco uważamy za przepiękne miejsce. Jest położone w bardzo malowniczej lokalizacji, a strome ulice robią niesamowite wrażenie. Kuszą też, żeby docisnąć gaz i wyskoczyć ze wzniesienia jak na każdym filmie, który tutaj kręcono, ale zdrowy rozsądek znowu wygrywa – nie bez powodu prawie wszystkie skrzyżowania są równorzędne i/lub mają sygnalizację świetlną, a w wielu miejscach obowiązuje parkowanie prostopadłe, żeby samochody się nie staczały.

Uchatka z parciem na szkło na przystani Pier 39 w San Francisco

Co ciekawe w San Francisco również można spotkać lwy morskie – mają nawet swoją własną przystań: Pier 39. Odwiedziliśmy je następnego dnia po drodze do Alcatraz, przy okazji podziwiając nowoczesne tramwaje. Ciężko wyobrazić sobie miasto gorzej przystosowane do tradycyjnego transportu szynowego, ale jak wiadomo San Francisco ma tu bogatą historię. Oprócz tradycyjnych tramwajów działających na zasadzie wyciągu linowego i przeznaczonych głównie dla turystów, pojawiły się również tutaj nowoczesne pojazdy elektryczne, pełniące rolę uzupełnienia komunikacji autobusowej. Jest to bardzo ważny krok w kierunku zrównoważenia transportu w mieście, w którym jazda rowerem, jak i chodzenie, są na dłuższą metę raczej uciążliwe.

Alcatraz z bliska

Alcatraz można zwiedzać tylko w ramach wycieczek pół-zorganizowanych i warto zarezerwować sobie prom wcześniej, szczególnie w sezonie. W tej chwili więzienie to pełni jedynie funkcję turystyczną i jest bardzo dobrze do tej roli przygotowane. Na miejscu dostaje się audio-przewodnik, dzięki któremu usłyszeć można interesujące opowieści dotyczące tego miejsca, nagrane przez osadzonych tam skazańców, jednocześnie na żywo oglądając autentyczne warunki, w jakich żyli. Bonusem jest roztaczający się stamtąd przepiękny widok na całą zatoką i górujący nad nią most Golden Gate. Dodatkową ciekawostką z dnia naszej wizyty była osobista promocja książki napisanej przez byłego, wieloletniego lokatora tego przybytku, który najwyraźniej został skutecznie zresocjalizowany.

Przystanek końcowy tramwajów z obrotnicą

Gdy wróciliśmy na stały ląd, przejechaliśmy się do centrum wspomnianym wcześniej zabytkowym tramwajem – są to znane z filmów (starych i nowych) drewniane pojazdy, poruszające się po szynach, ale bez silnika na pokładzie – ciągnięte są stalowymi linami znajdującymi się w ulicy, które napędza centralna siłownia (dawniej parowa, obecnie elektryczna). Jest to przyjemna przejażdżka, chociaż trzeba być przygotowanym na powolne tempo i wiele zdjęć po drodze. Do wyboru są dwie linie, a na każdym końcu znajduje się obrotnica, żeby nie marnować cennego miejsca na pętlę.

Park Golden Gate w San Francisco

Samo centrum nie zrobiło na nas takiego wrażenia, jak przykładowo Manhattan w Nowym Jorku. Przeszliśmy Mission Street i Market Street w poszukiwaniu jedzenia, ale po posileniu się, szybko się stamtąd ewakuowaliśmy – wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do parku Golden Gate (nie mylić z mostem, wcale nie są obok siebie). Jest to z jednej strony park miejski, a z drugiej ogólnodostępny ogród botaniczny – i pewnie dlatego aż tak nam się spodobał. Wspaniałe miejsce na wypoczynek lub na trening – co kto woli. My wybraliśmy opcję lenistwa, chociaż po zasłużonej sjeście przeszliśmy jeszcze kilka kilometrów, ponieważ pogoda była wspaniała i żal było nie skorzystać – wiele roślin pięknie kwitło w tym czasie.

Most Golden Gate od strony oceanu

Tam znowu wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy w kierunku plaży. Z moich analiz wynikało, że po San Francisco znacznie łatwiej poruszać się komunikacją miejską niż po Los Angeles, dlatego tym razem samochód zostawiliśmy w hotelu – i byliśmy z tego zadowoleni. Sama plaża nie była zbyt imponująca, a warunki do kąpieli nienajlepsze (mocny wiatr i wysokie fale), ale za to widoki super – zobaczyliśmy most Golden Gate z drugiej strony i przez przybrzeżne wzgórza ruszyliśmy w jego stronę. Idąc tą okolicą czuliśmy się bardziej jak w lesie niż w wielkim amerykańskim mieście.

Road zipper czyli drogowy rozporek

I wreszcie dotarliśmy do celu, czyli największej technicznej (czyli nie naturalnej) atrakcji naszej podróży (nie licząc może Tamy Hoovera, ale ona nie jest taka ładna, więc przegrywa). Most Golden Gate obejrzeliśmy z każdej strony, w tym z dołu i z jego powierzchni – i wszędzie robi ogromne wrażenie. Jesteśmy fanami tego typu konstrukcji i ta nas zwyczajnie zachwyciła. Dodatkowo na jego jezdni po raz pierwszy spotkałem się z urządzeniem o dźwięcznej nazwie ‚road zipper’, czyli drogowy rozporek – służy ono do sprawnego przestawiania barier, tak żeby dynamicznie regulować liczbę pasów w każdym kierunku w zależności od natężenia ruchu. Teoretycznie można to samo zrobić światłami na wjeździe, ale przy fizycznych barierach nikt się nie pomyli – czy tego chce, czy nie.

Most Golden Gate od strony lądu (lubimy mosty, a ten najbardziej, dlatego jest dwa razy); na dole widać Fort Point

Z mostu Golden Gate, zadowoleni i spełnieni, przespacerowaliśmy się z powrotem do hotelu, przypadkowo odwiedzając jedną z bogatszych dzielnic w mieście, w której znajduje się między innymi siedziba Lucasfilm oraz muzeum rodzinne Walta Disneya. Na tym zakończyła się nasza zbyt krótka wizyta w tej przepięknej metropolii. Następnego dnia rano podjechaliśmy do sąsiedniego Oakland, gdzie oddaliśmy samochód i wsiedliśmy w samolot.

Centrum Chicago z góry

Ostatnie dni wycieczki spędziliśmy spokojnie w Chicago, skąd mieliśmy zaplanowany lot do Europy. Zobaczyliśmy początek Route 66 (zaledwie kilka dni po odwiedzeniu jego końca w Los Angeles), wjechaliśmy na 103. piętro Willis Tower (trzeci najwyższy budynek na świecie) i ze szklanego balkonu podziwialiśmy piękną panoramę miasta i okolic, a potem zjedliśmy tak smaczne guacamole, że od tej pory regularnie robimy je w domu, a także przespacerowaliśmy się po centrum, chłonąc wielkomiejskie widoki. Przez Chicago przebiega linia naziemnej kolejki, skryta niepozornie pomiędzy drapaczami chmur, która od razu przypomniała mi szalone sceny z Blues Brothers. Samo centrum miasta jest dość podobne do Manhattanu (tego w Nowym Jorku, nie targowiska na szczecińskim Niebuszewie). Obowiązkowym punktem zwiedzania był też Park Milenijny nad jeziorem Michigan, ze słynną już rzeźbą Cloud Gate przypominającą lustrzaną łzę (oraz świetnym placem zabaw). Niestety Chicago znajduje się dość mocno na północy i pogoda była raczej zimowa, więc o kąpieli nie było mowy.

Centrum Chicago z dołu (po lewej rzeźba Cloud Gate)

Na tym zakończyła się nasza wspaniała podróż po Stanach Zjednoczonych. Było to dla nas niesamowite doświadczenie, odwiedziliśmy mnóstwo popularnych, ale też i mniej znanych miejsc. Zachwyciła nas różnorodność tego kraju – w ciągu trzech tygodni temperatury (na poziomie morza) wahały się od kilku stopni w Chicago do niemal 40 w Dolinie Śmierci; widzieliśmy jeziora, pustynie i oceany; podziwialiśmy ogromne miasta, w których zabudowania sięgały po horyzont, jak i dzikie tereny, w których sąsiednie stacje benzynowe oddzielały setki kilometrów. Zobaczyliśmy cuda techniki i cuda natury – jedne i drugie znakomite przygotowane na tysiące turystów. A jednocześnie wiemy, że ledwie zahaczyliśmy o to, co naprawdę można w USA znaleźć – to nawet nie był 1% wartych odwiedzenia miejsc. Mamy nadzieję, że kiedyś wrócimy tam na dłużej, a jeśli ktoś z Was planuje krótką wycieczkę i waha się nad wyborem trasy, to szczerze polecamy zachód kraju – tylko może w trochę wolniejszym tempie, chociaż sami doskonale zdajemy sobie sprawę, jak trudno odmówić sobie zobaczenia tylu niesamowitych miejsc, które są w zasięgu ręki.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.