Zachód USA, czyli świątynia rozpusty, parki narodowe i piękne wybrzeże

Zwiedzanie Miasta Aniołów rozpoczęliśmy od wycieczki na plażę Santa Monica. W tym miejscu znajduje się oficjalny koniec legendarnej drogi 66. Pogoda nie zachwycała, ale nie omieszkaliśmy skorzystać z pierwszej okazji w życiu, aby wykąpać się w Pacyfiku. Niestety tuż przy plaży biegnie trzypasmowa autostrada, a w okolicy pełno jest wielkich parkingów, co tylko podkreśla, jak bardzo transport w Stanach jest niezrównoważony. Zresztą sami dołożyliśmy do tego cegiełkę – poruszaliśmy się samochodem, bo zbyt dużo czasu stracilibyśmy jeżdżąc w tej metropolii transportem publicznym. Ten brak równowagi najbardziej widoczny był w Los Angeles i w Miami – i być może dlatego te miasta spodobały nam się najmniej.

Plaża w Santa Monica

Jadąc z wybrzeża przez słynne Beverly Hills, pełne obrzydliwie wystawnych rezydencji, skierowaliśmy się do jeszcze słynniejszego Hollywood, aby przejść się Aleją Gwiazd i obejrzeć najsłynniejszy napis na zboczu wzgórza. O ile paliwo w USA jest tanie, o tyle parkowanie jest bardzo drogie – w dużych miastach warto zawczasu rozejrzeć się za najtańszymi parkingami. Dobrą opcją są galerie handlowe, gdzie – pod warunkiem zrobienia zakupów – można często zostawić samochód za grosze. Sama aleja nie jest szczególnie ciekawa – ot, standardowa ulica pełna sklepów z nazwiskami aktorów na chodniku. Do tego po latach okazuje się, że wybór gwiazdy Kevina Spacey’a do zdjęcia nie był najszczęśliwszy… Bardzo przyjemnie wśród standardowych ozdób wyróżniało się miejsce z podpisami i odciskami dłoni gwiazd Star Trek – widać, że seria ta ma szczególne miejsce w amerykańskiej popkulturze (no dobra, Star Wars ma podobną płytę chodnikową).

Płyta chodnikowa Star Treka w Alei Gwiazd

Będąc u podnóża wzgórz zdecydowaliśmy się wjechać na górę słynną Mulholland Drive. Być może nadużywam tego słowa, ale w LA wszystko wydaje się słynne, ponieważ widzieliśmy to w wielu filmach… co wcale nie powinno dziwić, skoro większość z nich tam właśnie powstaje. Zabudowania przy tej drodze były zaskakująco skromne, przez co okolica przypominała górskie miasteczka z Zachodniej Europy. Pozwoliło nam też to zobaczyć brzydotę Los Angeles z zupełnie nowej perspektywy. Serio, prawie nic nas w tym mieście nie przyciągnęło – być może gdybyśmy odwiedzili jedno ze studiów filmowych/parków rozrywki, to odnieślibyśmy inne wrażenie, ale to nie do końca nasza bajka.

Widok na Los Angeles z Mulholland Drive

Zachód słońca postanowiliśmy obejrzeć z Griffith Observatory – samo obserwatorium było niestety tego dnia zamknięte, ale tarasy wokół są zawsze dostępne i podobno z nich właśnie można zrobić najlepsze zdjęcie wielkiego napisu Hollywood. Ciężko mi ocenić, czy to prawda, ale ogólnie widoki stamtąd są niezłe, więc warto to miejsce odwiedzić przed zmierzchem. Samego LA nie mogę polecić, ale odradzał też nie będę, bo spędziliśmy tam mało czasu – może warto raz się tam wybrać i zobaczyć cały ten przepych zbudowany na fundamencie tysięcy niespełnionych marzeń – i zastanowić się nad tym aspektem kultury zachodu.

Napis Hollywood o zachodzie słońca

Z Los Angeles do San Francisco można dojechać dwiema głównymi drogami. Gdybyśmy mieli więcej czasu, to paradoksalnie pewnie wybralibyśmy tę teoretycznie szybszą, ponieważ znajduje się przy niej kilka parków i lasów narodowych wartych odwiedzenia, ale chcieliśmy ten dzień spędzić bardziej na ludzie, więc pojechaliśmy malowniczą drogą numer 1 wzdłuż wybrzeża oceanu. Trasa ta jest bardzo przyjemna, jak już odjedzie się kawałek od LA. Prowadzi wzdłuż bardzo ładnych klifów i jest raczej płaska pomimo pofałdowanego terenu wokół. Trzeba jednak pamiętać, że jest przy niej tylko jedna stacja benzynowa z paliwem 3 razy droższym niż standardowo. W przeciwieństwie jednak do podobnie problematycznych okolic Doliny Śmierci czy Wielkiego Kanionu, z tej drogi można łatwo odbić w bardziej ‚cywilizowane’ okolice, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Uchatki kalifornijskie przy drodze stanowej nr 1

Podróż przebiegła bardzo przyjemnie – odwiedziliśmy kilka plaż (nad jeziorem Cachuma i nad Pacyfikiem), a mniej więcej w połowie drogi znaleźliśmy duże zgrupowanie fokowatych bydlaków zwanych lwami morskimi (czyli dwumetrowych uchatek kalifornijskich). Pewnie bylibyśmy zaskoczeni, gdybyśmy nie skierowali się w to miejsce dzięki drogowskazowi, który psuł całą niespodziankę. Ta plaża była zamknięta i przeznaczona wyłącznie dla nich, ale powyżej znajdował się parking i dobre miejscówki do robienia zdjęć.

Przepiękna droga stanowa nr 1 prowadząca wybrzeżem Pacyfiku (i jeden z ciekawych mostów na niej)

Przy drodze nr 1 znajduje się wiele postojów z bardzo ładnymi widokami na wybrzeże i ocean, a także kilka ciekawych mostów – jedno i drugie trafiło w nasz gust. Pod koniec trasy odbiliśmy na wschód i odwiedziliśmy siedzibę Google w Palo Alto. Przypadkowo udało nam się również wejść do darmowej stołówki dla pracowników, ale po szybkim rachunku sumienia stwierdziliśmy, że kradzież od bogatego to jednak nadal kradzież. Poza tym wielki aparat na szyi i brak identyfikatora mógł wzbudzić podejrzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.