Zachód USA, czyli świątynia rozpusty, parki narodowe i piękne wybrzeże

Na kolejny dzień mieliśmy bardzo ambitny plan – i raczej odradzam jego powtarzanie, szczególnie z jednym kierowcą. Na początek poszedł Red Rock Canyon, znajdujący się tuż pod miastem, do którego przyjechaliśmy tuż po otwarciu. Tym razem odpuściliśmy sobie wycieczki piesze i tylko objechaliśmy ‚Scenic Loop’ (tak określa się w Stanach specjalnie wyznaczone malownicze pętle), ale i tak pozwoliło nam to podziwiać bardzo ciekawe, warstwowo zabarwione skały w świetle porannego słońca. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Area 51 Alien Center, które jest bazującym na teoriach spiskowych (związanych z pobliską wojskową bazą lotniczą) kiczowatym połączeniem jadłodajni z burdelem. Nie zostaliśmy tam jednak długo, ponieważ nie byliśmy ani głodni, ani… spragnieni.

Wielobarwne skały w Red Rock Canyon

Gwoździem programu była tego dnia Dolina Śmierci. Do tej wycieczki warto się dobrze przygotować – zarówno z powodu wysokich temperatur, jak i braku stacji benzynowych w tym obszarze, a także ze względu na duże odległości pomiędzy najciekawszymi punktami. Przy wjeździe do tego parku narodowego proste po horyzont drogi zamieniają się w pofałdowane serpentyny, jadąc którymi doznaje się podobnych przeciążeń jak w szybkiej windzie, co nie każdemu może służyć. Sama dolina jest niesamowitym miejscem i była jedną z najlepiej przez nas wspominanych atrakcji całego pobytu w USA.

Ruiny w „mieście duchów” – Rhyolite

Na teren parku wjeżdżaliśmy od północnego wschodu, więc pierwszym punktem na naszej liście było Rhyolite Ghost Town, czyli takie westernowe miasto duchów. Jest to opuszczona osada górnicza, która powstała przy okazji gorączki złota na początku XX wieku. Wygląda interesująco, ale jednak straciło trochę na uroku, gdy uświadomiłem sobie, że kamienica, w której mieszkam, jest starsza niż większość miejscowych ruin…

Dolina Śmierci: Zabriskie Point

Stamtąd udaliśmy się do Zabriskie Point, czyli bardzo ładnego punktu widokowego. Sama Dolina Śmierci, pomimo że jest technicznie pustynią, charakteryzuje się bardzo zróżnicowanym ukształtowaniem terenu. Tutaj dominowały ciekawe, bardzo gładkie skały. Dobre miejsce na przyjemny, krótki spacer i kilka zdjęć. Od tej strony wjeżdżałoby się też do parku, jadąc najkrótszą drogą z Las Vegas i taką opcję polecam – wcześniej wymienione atrakcje raczej nie były warte zachodu.

Dolina Śmierci: Pole Golfowe Diabła

Najbardziej znanym miejscem w Dolinie Śmierci jest Badwater, czyli wyschnięte jezioro, będące największą depresją w Ameryce Północnej. Krajobraz jest tam iście kosmiczny – popękane, białe od soli podłoże, a ponad nim falujące od wysokiej temperatury powietrze. Byliśmy tam w południe 20. marca i termometry wskazały równo 100 stopni w skali Fahrenheita (czyli 38 stopni Celsjusza). Nie wyobrażam sobie, jak gorąco tam musi być latem. Sama równina jest całkiem spora i można na nią wjechać drogami szutrowymi w kilku miejscach, więc łatwo uniknąć tłumów – wszystkie zorganizowane wycieczki zbierają się w głównym punkcie z największym parkingiem przystosowanym do autokarów. Sprawdziliśmy dwie takie boczne odnogi (w tym Pole Golfowe Diabła!) i zrobiły na nas podobne wrażenie, jak centralna depresja w Badwater Basin, przy czym w innych miejscach podłoże nie było aż tak równe i białe.

Dolina Śmierci: Badwater Basin

Stąd musieliśmy zawrócić aż do Furnace Creek – w tej okolicy nie ma autostrad (ani w ogóle zbyt wielu dróg asfaltowych), więc często trzeba nadkładać. Przy okazji odbiliśmy na Artists Drive, która doprowadziła nas do miejsca nazwanego Paletą Artystów – wyglądało to tak, jakby okoliczne skały wzięły udział w imprezie Splash of Colors – ich powierzchnia była nieuzasadnienie wielokolorowa. I to nie tak, jak zdarzało się wcześniej, czyli np. różne odcienie czerwieni na różnej wysokości, ale po prostu niebieskie, zielone, fioletowe czy żółte plamy w losowych miejscach. Przyroda nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać – nawet ta martwa.

Dolina Śmierci: Paleta Artystów

Po tym epizodzie dojechaliśmy wreszcie na „prawdziwą” pustynię (Mesquite Flat Sand Dunes), czyli taką z piaskiem i wydmami… prawie jak w Słowińskim Parku Narodowym, tylko znacznie dalej od morza (albo jakiejkolwiek wody), no i jest mniej drzew, a więcej krzewów. I tutaj ostrzeżenie – jeśli macie za sobą wiele godzin za kierownicą i planujecie drugie tyle, to nie bawcie się w turlanie z wydmy i fikołki na piasku. Mdłości nie zwiększają przyjemności z jazdy…

Dolina Śmierci: Mesquite Flat Sand Dunes

Ostatnim odwiedzonym przez nas ciekawym miejscem w Dolinie Śmierci był Mosaic Kanyon, gdzie udaliśmy się na dwukilometrowy spacer. I znowu odmiana – skalista okolica zupełnie nie przypominała wydm, które podziwialiśmy chwilę wcześniej. Szlak prowadził kanionem o niezbyt wysokich zboczach, ale ścieżka była coraz węższa, a ludzi coraz mniej – do tego przyłapał nas tam zachód słońca, więc miejsce okazało się całkiem fotogeniczne. Niestety oznaczało to też, że na nas już czas – była już 18:00, a my mieliśmy jeszcze do przejechania 250 mil do Los Angeles.

Dolina Śmierci: Mosaic Canyon

Tutaj prawdopodobnie popełniliśmy spory błąd – zamiast zmierzać prosto do autostrady, wybraliśmy krótszą drogę wskazaną przez Google Maps. Jechaliśmy około godziny przez całkowite pustkowie, było coraz ciemniej – i nagle skończył się asfalt. Tego zupełnie się nie spodziewaliśmy i poważnie zastanawialiśmy się, czy nie zawrócić. Na szczęście zdecydowaliśmy się tego nie robić, a nawierzchnia poprawiła się kilka kilometrów dalej. Droga najprawdopodobniej była całkiem malownicza, wiodła ostrymi serpentynami tuż przy skałach, ale niestety po ciemku niewiele zobaczyliśmy. Jazda autostradą minęła już bez historii, ale muszę przyznać, że o mało nie zasnąłem za kółkiem. Jedynym plusem dotarcia do LA po 23:00 było to, że korki już prawie się rozładowały…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.