Zachód USA, czyli świątynia rozpusty, parki narodowe i piękne wybrzeże

Nadszedł czas na opisanie crème de la crème naszej wycieczki po USA, czyli roadtripu po stanach zachodnich. Pojawią się tutaj duże miasta, takie jak Las Vegas, Los Angeles, San Francisco i (gościnnie) Chicago, ale główną atrakcją zdecydowanie były słynne amerykańskie parki narodowe, których różnorodność jest prawdziwie zachwycająca. Tempo było dość szaleńcze, a i tak nie starczyło nam czasu na odwiedzenie wielu pięknych miejsc „prawie” po drodze. Niemniej z tych odhaczonych również mamy świetne zdjęcia (pomimo awarii karty pamięci), więc zapraszam do czytania i oglądania.

Z Miami przylecieliśmy do Las Vegas, gdzie planowaliśmy wypożyczyć samochód na całą późniejszą trasę. Obsługująca nas osoba na początku popełniła faux pas albo może rzuciła sprytnym komplementem – zależnie od tego, z której strony interpretować wzięcie mojej żony za moją córkę… Ten sam pracownik wypożyczalni przekonał nas również, żebyśmy jednak trochę dołożyli i wzięli lepsze auto, bo Swiftem słabo się jeździ przez ogromne przestrzenie Arizony i Nevady. Gdy zeszliśmy na parking, okazało się, że średnich sedanów już nie ma i dostaliśmy SUVa.

Park Stanowy Dolina Ognia koło Las Vegas

Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy zobaczyć znajdującą się niedaleko Dolinę Ognia, przejeżdżając przez Las Vegas za dnia. Ruch był mniejszy niż w innych amerykańskich miastach, zresztą nic dziwnego – tutaj wszystko ożywa wieczorem. Dolina Ognia to ładny park stanowy, pełen czerwonych skał. Szybko jednak przekonaliśmy się, że SUV żre paliwo jak smok, a że przy tym nasz egzemplarz miał niezbyt pojemny bak, baliśmy się, że może być problem podczas objazdu Wielkiego Kanionu, przejazdu przez Dolinę Śmierci czy podróży nadmorską autostradą, gdzie nie ma zbyt wielu stacji benzynowych. W związku z tym wróciliśmy na lotnisko i bez większych problemów wymieniliśmy go na bardziej wydajny samochód.

Las Vegas po zmierzchu

Wieczorem po raz kolejny przejechaliśmy The Strip (główną ulicą Las Vegas), jednak tym razem było to zupełnie inne doświadczenie. Ludzi i samochodów było dużo więcej, a po zmroku fantastycznie podświetlone fantazyjne hotele wyglądały znacznie bardziej okazale. Sami zatrzymaliśmy się w Stratosphere, z którego roztaczał się piękny widok na miasto. Tym razem nie zwiedzaliśmy go, a tylko podziwialiśmy z samochodu i z 350-metrowej wieży widokowej, ponieważ wiedzieliśmy, że za kilka dni tu wrócimy i będziemy mieli trochę więcej czasu. Ten hotel (podobnie jak wiele innych) oferuje mnóstwo dodatkowych atrakcji, z których najciekawiej wygląda karuzela i kolejka górska na dachu wieży, podczas korzystania z której goście znajdują się poza jego krawędzią. Drugą mrożącą krew w żyłach opcją jest możliwość skoczenia w dół na linie – my jednak darowaliśmy sobie takie atrakcje.

Monumentalna Tama Hoovera na rzece Kolorado

Następnego poranka wyruszyliśmy w drogę. Objazd wielkiego Kanionu rozpoczęliśmy od Tamy Hoovera, która jest niesamowitym osiągnięciem architektonicznym. Postanowiliśmy skorzystać z oferty wejścia do środka z przewodnikiem i nie żałowaliśmy. Trafił nam się sympatyczny starszy pan, który akurat obchodził okrągłe urodziny. Nikt nie zgadł jednak, że była to jego osiemdziesiątka! O aktywności wiekowych ludzi w Stanach pisałem już wiele, więc nie będę się powtarzał – wystarczy powiedzieć, że byliśmy pod wrażeniem jego werwy i optymizmu.

Legendarna droga 66

Dalsza podróż przebiegała autostradą ciągnącą się przez pagórkowaty, pustynny krajobraz Arizony. W miejscowości Kingman zdecydowaliśmy się nadłożyć drogi i przynajmniej część pokonać kultową Route 66, którą kiedyś przemierzały setki tysięcy emigrantów z Chicago do Los Angeles. Był to strzał w 10 – rzadko mijaliśmy inne samochody i mogliśmy podziwiać drogę biegnącą prosto aż po horyzont. Jej otoczenie też pokazywało, że nie jest zbyt popularna – nie zostało tam już zbyt wiele restauracji, stacji benzynowych czy moteli. Równolegle od czasu do czasu przejeżdżały piętrowe pociągi towarowe, przewożące setki kontenerów – kolejny widok, który kojarzy mi się głównie z USA.

„Muzeum” drogi 66 w Seligman

W Seligman przypadkowo trafiliśmy do sklepu pełnego pamiątek związanych z Route 66, który w zasadzie równie dobrze można traktować jak muzeum. Oprócz typowych bibelotów, kubków, koszulek itp., można tam było znaleźć zabytkowe pojazdy, stare drogowskazy, zdjęcia itd. Od tego momentu historyczna droga przeplatała się z autostradą, dlatego też pojawiło się znacznie więcej elementów nastawionych na turystów, jak właśnie sklepy, motele czy bary – większość oczywiście stylizowana na ich filmowe odpowiedniki, przy czym nadal należy pamiętać, że są to tylko małe i rzadko rozmieszczone miasteczka, nic ponadto.

Bardzo amerykańskie menu

W William zatrzymaliśmy się na prawdziwe amerykańskie hamburgery w Cruiser’s Route 66 Cafe. Wystrój przypominał bary z lat 60-tych i był bardzo klimatyczny, ale jedzenie raczej przeciętne. Ta miejscowość znajduje się na przecięciu dróg 66 oraz 64 – druga z nich prowadzi już bezpośrednio do głównego punktu obsługi gości w Wielkim Kanionie, więc prawie wszystkie miejsca przeznaczone dla turystów związane są albo z jedną, albo z drugą atrakcją – a czasami nawet z obiema jednocześnie. Myślę, że przyjemnie byłoby więcej czasu spędzić w którejś z takich mieścin, ale nas czas jednak gonił – mając do wyboru klimatyczne miasteczko lub Wielki Kanion, nie wahaliśmy się długo.

Wielki Kanion o zmierzchu

Niemniej, ze względu na dość leniwy przejazd Route 66, do Wielkiego Kanionu dojechaliśmy tuż przed zachodem słońca. Tego chyba najbardziej żałujemy z całej wycieczki – wzdłuż krawędzi prowadzi droga, którą turystów wożą darmowe autobusy i można ten cud natury oglądać z wielu perspektyw, my jednak zdążyliśmy dojechać tylko do jednego z tych miejsc i zejść kawałek wgłąb kanionu słynnym szlakiem Kaibab Trail. Cała formacja robi monumentalne wrażenie – z jednej strony cieszyliśmy się, że mogliśmy tam podziwiać zachód słońca, a z drugiej żałowaliśmy, że nie zaplanowaliśmy sobie całego dnia na aktywne spędzenie czasu na dostępnych szlakach trekkingowych. Z całą pewnością wrócimy kiedyś w to miejsce.

Kaibab Trail – szlak schodzący wgłąb Wielkiego Kanionu

Tego samego dnia dojechaliśmy jeszcze do miejscowości Goulding, która znajduje się u wejścia do Doliny Monumentów. Oczywiście było już całkiem ciemno, gdy tam dotarliśmy, więc samych formacji skalnych nie było widać, nie licząc może kilku sylwetek majaczących w oddali, natomiast nad nami rozpościerało się pięknie rozgwieżdżone niebo – są to tereny mało zurbanizowane, zasiedlone głównie przez Indian Navajo, więc zanieczyszczenie światłem jest niewielkie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.