Wietnam, czyli biedny kraj, który bardzo się stara

Z miastem pożegnaliśmy się wcześnie rano, aby polecieć do Ho Chi Minh. Zastanawialiśmy się nad podróżą pociągiem, ale 35h to jednak trochę za dużo. Z lotniska dojechaliśmy do Mai Guest House autobusem (5k VND/osobę). Znowu trafnie wybraliśmy miejsce (miła obsługa, dobra lokalizacja) i po raz trzeci dostaliśmy pokój 301. Niestety był na 5-tym piętrze, a windy w budynku nie było…

W związku z postępującą chorobą jednego z uczestników, pierwszym elementem zwiedzania był prywatny szpital, który był na zaskakująco wysokim poziomie – mieli klimatyzację, mówili po angielsku, w holu działało WiFi, a wszystko udało się załatwić bezgotówkowo (łącznie z uzyskaniem dokładnie wyliczonych dawek leków). W zasadzie to było tam bardziej komfortowo niż w naszym pokoju… Niestety przeziębienia są dość powszechne na takich wycieczkach, ponieważ temperatura regularnie skacze pomiędzy 35 stopni na zewnątrz a 18 stopni w sklepach i restauracjach.

Noworoczne Ho Chi Minh (katedra Notre Dame i Festiwal Kwiatów)

Ho Chi Minh jest zupełnie innym miastem niż Hanoi – dużo bardziej nowoczesnym i aspirującym do miana centrum biznesowego (jak Bangkok, Kuala Lumpur czy Singapur). Póki co nie odbiło się to jakoś negatywnie na cenach, ale podejrzewam, że wkrótce będą rosły. Jeździ też tam znacznie więcej samochodów, a miasto było bardzo ładnie przystrojone i nawet załapaliśmy się na Noworoczny Festiwal Kwiatów na głównym betonowym deptaku.

Nocowaliśmy w zaułku. To znaczy nie sprawdzaliśmy, jak to jest być bezdomnym w Wietnamie, tylko wejście do naszego hostelu znajdowało się w takim miejscu. Ale jaki to był zaułek! Rozciągał się pomiędzy dwiema turystycznymi ulicami, więc był pełen salonów masażu i jadłodajni. Miał jakieś 2m szerokości, więc – po ustawieniu tych wszystkich straganów – ledwo zostało miejsce, żeby jedna osoba mogła przejść – a miejscowi wjeżdżali tam skuterami!

Okolice „naszego” zaułka nocą

Szczególnie upodobaliśmy sobie dwa stoiska ze świeżymi koktajlami owocowymi, które mieliśmy jakieś 10 metrów od drzwi. Zdarzało się, że piliśmy koktajl zamiast śniadania, podwieczorku i kolacji. Mieli kilkadziesiąt smaków, każdy z jednego bądź dwóch owoców, często niewystępujących u nas. W ten sposób spróbowaliśmy też (nie)sławnego duriana – owocu, którego nie można wnosić do hoteli, metra ani samolotów ze względu na jego silny, nieprzyjemny zapach. Niestety okazało się, że ma też silny, nieprzyjemny smak…

Poza owocami w Wietnamie jada się głównie zupy (Pho i Bun) oraz ryby i owoce morza z ryżem lub makaronem. W Ho Chi Minh bardzo popularne są również bagietki, sprzedawane na podobnej zasadzie, co w Subwayu – każdy wybiera sobie, co ma być w środku. Prawdopodobnie jest to pozostałość po francuskiej okupacji, ponieważ w Tajlandii pieczywa nie ma prawie wcale. W Sajgonie całkiem często można również spotkać sajgonki… tylko że nazywają się deep fried spring rolls i smakują inaczej niż w Polsce. Obok nich podają również zwykłe spring rolls w papierze ryżowym. Jako że kawy nie pijam, to ciężko mi ją oceniać, ale podobno jest bardzo dobra. Ja z napojów niekoktajlowych wolałem zieloną herbatę z lodem, mlekiem oraz czerwoną fasolą.

Przekrój przez Ho Chi Minh (świątynie, pomniki, bankomaty na poczcie, parking przy zoo i ogrodzie botanicznym oraz plac zabaw połączony z basenem)

Jeśli chodzi o aspekty turystyczne, to Ho Chi Minh nie jest szczególnie ciekawe. Tu i ówdzie jakaś katedra czy pagoda, ale poza tym za wiele tam nie ma. Nawet nabrzeże rzeki Sajgon nie jest za ciekawe, ale za kilka lat powinno być lepiej, ponieważ teraz jest to jedna wielka budowa. Wygląda na to, że najlepiej traktować to miasto jako bazę wypadową do zobaczenia głównych atrakcji w regionie, czyli tuneli z czasów wojny wietnamskiej (miejscowi nazywają ją amerykańską) w Cu Chi oraz delty Mekongu. My zdecydowaliśmy się na jedną wycieczkę łączącą oba miejsca – nie było łatwo taką znaleźć, wyszło trochę drogo (90$), ale wydaje mi się, że był to dobry sposób na oszczędzenie czasu w busie. Oczywiście w delcie Mekongu można spędzić i tydzień, ale tyle czasu nie mieliśmy.

Wycieczkę rozpoczęliśmy wcześnie rano i mieliśmy całego busa dla trzech osób (czwarta kurowała się w pokoju). Pojazd był całkiem spoko i w sumie każdy mógł spać w trakcie jazdy, gdyby nie to, że na części dróg nieregularnie podskakiwaliśmy. Do Cu Chi udało nam się dotrzeć jeszcze przed większością grup (których start jest zazwyczaj wydłużony, ponieważ bus zbiera uczestników z różnych hoteli), co było bardzo korzystne, ponieważ nie staliśmy w żadnych kolejkach i mogliśmy swobodnie robić sobie zdjęcia w różnych dziurach. Dziury są w Cu Chi główną atrakcją – jest to skansen pokazujący, jak Wietnamczycy radzili sobie w starciu z przeważającymi technologicznie siłami wroga. Niektóre z nich zostały powiększone o 50%, aby turyści przestali się w nich klinować, a inne pochowane.

Cu Chi (pułapki, sandały z opon, kuchnia polowa i jej komin oraz wejście do tuneli, w którym się nie zaklinowałem)

Miejscowi byli w czasie wojny całkiem pomysłowi, np. montowali komin od kuchni kilkaset metrów dalej, aby wróg – gdyby nawet zauważył dym pośród porannych mgieł – zbombardował tylko wylot, a nie samą siedzibę Wietkongu.

Odbywała się tam też prezentacja różnych pułapek oraz opcjonalny spacer po tunelu w trzech opcjach – 20 m., 40 m. i 60 m., a najfajniejsze jest to, że wokół jest najprawdziwsza dżungla – taka, jakiej oczekiwaliśmy podczas trekkingu w Tajlandii, a doczekaliśmy się dopiero podczas spływu. Na koniec można sobie postrzelać z karabinów maszynowych, aczkolwiek nawet przewodnik nam to odradzał, ponieważ naboje są bardzo drogie. Cały efekt psuł trochę film propagandowy na wejściu, mówiący o tym, jacy to komuniści byli i są wspaniali i bohaterscy. Jeśli ktoś chce zobaczyć, jakie szkody poczynili Amerykanie używając broni chemicznej, można również wybrać się do Muzeum Pozostałości Wojennych w Ho Chi Minh, aczkolwiek widoki ofiar raczej nie należą do przyjemnych.

Deltę Mekongu można zwiedzać w wielu miejscach – my udaliśmy się do prawdopodobnie najbliższego, czyli My Tho. Na wycieczkę składało się głównie pływanie po rzece (takie sobie) i jej mniejszym dopływie (super) oraz degustacje różnych miejscowych specjałów (om nom nom), ale także występ zespołu muzycznego (słaby) i wizyta w „fabryce” cukierków kokosowych (fajna). Na jednej z wysepek mogłem potrzymać plaster miodu zapełniony pszczołami oraz sporego pytona, co było ciekawym doświadczeniem. Na koniec dostaliśmy po kokosie do wypicia.

Delta Mekongu (na środku elephant ear fish)

Tego dnia próbowaliśmy kilku nowych potraw, np. tapioki (smakuje jak ziemniak), wódki ryżowej czy ryby „ucho słonia” (elephant ear fish). Najciekawsza była wódka, ponieważ pochodziła z wielkiego słoja wypełnionego wężami, jaszczurkami i skorpionami. Dzień wcześniej podobnym wytworem częstowali nas przypadkowo spotkani Francuzi (którzy dowiedzieli się, że nie mogą swojej butelki wwieźć do UE), ale ta wersja nie paliła aż tak bardzo gardła – prawdopodobnie była rozcieńczona.

Do Ho Chi Minh wracaliśmy w burzy, która – według słów przewodnika – była pierwszą w historii podczas Wietnamskiego Nowego Roku – w końcu jest to środek pory suchej w tym rejonie. Kolejnego dnia udaliśmy się na rajską wyspę do Kambodży, na której wypoczynek zakończył się raczej nieciekawie, ale o tym innym razem…

Po wyjeździe mieliśmy podzielone zdania na temat Wietnamu – mnie zachwycił, a szczególnie egzotyczne Hanoi, ponieważ w Ho Chi Minh nie ma zbyt wielu atrakcji – ot nowoczesne miasto podobne do biedniejszych stolic europejskich, czyli taka druga Warszawa. Jeśli kiedyś wrócimy do tego kraju, to na pewno będziemy chcieli spędzić więcej czasu z dala od miast – w końcu 90% ludzi utrzymuje się tam z rolnictwa, więc warto by było i tę część ich życia zobaczyć. Całkiem interesującą opcją jest również przejechanie pociągami lub autobusami z północy na południe (lub vice versa) z krótkimi postojami po drodze – ale na to trzeba mieć więcej czasu. Osobiście polecam Wietnam i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się go znowu odwiedzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.