Wietnam, czyli biedny kraj, który bardzo się stara

Po spędzeniu tygodnia w Tajlandii, przyszedł czas na 7 dni w Wietnamie. O ile kraj Tajów jest w tej chwili bardzo popularny i przed wyruszeniem poznaliśmy opinie wielu znajomych, o tyle nie wiedzieliśmy do końca, czego się spodziewać po Wietnamie. Przypuszczaliśmy, że będzie dzikszy i tańszy, co nie do końca się sprawdziło.

W Wietnamie odwiedziliśmy dwa największe miasta: Hanoi i Ho Chi Minh (wcześniej: Sajgon), czyli dawne stolice kraju podzielonego przez wiele lat na północną i południową część. W przeciwieństwie do Tajlandii współczesna historia Wietnamu jest naznaczona wieloma konfliktami zbrojnymi, a turystyka na wielką skalę to całkiem nowy koncept. Przypuszczam jednak, że już niedługo, gdy dorośnie obecne pokolenie dzieci wychowanych w zglobalizowanym świecie i dobrze mówiących po angielsku, kraj ten będzie równie – a może nawet bardziej – popularny jak Tajlandia.

Pierwszym zaskoczeniem – jeszcze przed wyjazdem – były oferty noclegów dostępne w Internecie. Ze zdjęć wynikało, że są znacznie wyższej jakości niż podobne miejsca w Tajlandii i rzeczywiście tak było. Jest to prawdopodobnie kwestia nasycenia rynku turystycznego – w tym pierwszym kraju każda jakość znajdzie swoich odbiorców, natomiast w drugim z podażą nie jest już tak różowo.

Do Hanoi dotarliśmy porannym samolotem z Bangkoku (niestety nie ma bezpośrednich lotów z Chiang Mai, chociaż podejrzewam, że to kwestia czasu). Pierwszą trudnością do pokonania dla Polaków jadących do tego kraju jest konieczność wyrobienia wizy. Można ją kupić na międzynarodowych lotniskach i niektórych lądowych przejściach granicznych (25$), ale trzeba z wyprzedzeniem załatwić promesę u jednej z licznych wietnamskich firm turystycznych (10-15$). Nie jest to trudne, ale trzeba o tym pamiętać, żeby nie utknąć w terminalu jak Tom Hanks w Terminalu.

Świeżo wybudowany terminal międzynarodowy w Hanoi

Z lotniska w Hanoi można się dostać do miasta na dwa sposoby: taksówką (400k VND) lub komunikacją miejską (30k VND/osobę) – my oczywiście wybraliśmy to drugie rozwiązanie. Drobnym problemem był fakt, że autobus miejski nr 17, który wcześniej znaleźliśmy na Google Maps (9k VND/osobę), jednak tam nie jeździł, ale miejscowi byli bardzo pomocni i wskazali nam funkcjonującą od niedawna ekspresową linię, która zamiast 2h jedzie 45min. Później okazało się, że standardowy autobus zwyczajnie kończył swój bieg przy terminalu krajowym i nie dojeżdżał to międzynarodowego. VND to skrót od vietnam dong. 1 PLN = 5000 VND (czyli rząd wielkości jak u nas przed denominacją), więc po pierwszej wypłacie z bankomatu zostaliśmy milionerami!

Hanoi Lucky Guesthouse wywarł na nas wyjątkowo pozytywne wrażenie – gustownie urządzone wnętrze, kilka działających żarówek, meble i nawet balkon w pokoju (z widokiem na kury odpoczywające na dachu budynku obok)! Do tego znakomita okolica – dzielnica Old Quarter to centrum turystyczne miasta i to nie bez powodu. Wokół nas wznosiła się ciekawa, kolonialna zabudowa. Z drugiej strony na wąskich uliczkach było raczej brudno, a i przyzwyczajenie się do specyficznego zapachu (zwanego potocznie smrodem) trochę czasu nam zajęło.

Odrestaurowany tradycyjny dom w Old Quarter

Swoją drogą architektura w Wietnamie – poza zabytkowymi miejscami – jest… interesująca. Nie mogę powiedzieć, że jest ładna (ponieważ jest brzydka), ale z pewnością było to coś, czego nie spotkałem w żadnym innym kraju. Budynki są bardzo wąskie, często na szerokość jednego pokoju (i to niezbyt szerokiego), ale za to wysokie i głębokie. Byłoby to zrozumiałe w przypadku szeregu kamienic, ale również samodzielnie stojące domy i bloki są w ten sposób budowane. Druga ciekawostka jest taka, że idąc ulicą można ludziom zaglądać do mieszkań, ponieważ zazwyczaj przednia ściana ich lokum jest jednocześnie sklepem i/lub barem, więc np. ktoś przygotowuje jedzenie dla klientów, a za nim ktoś inny siedzi w „salonie” (czyli tym samym pomieszczeniu) i ogląda telewizję albo odrabia lekcje.

W ogóle jadłodajnie w tym kraju to bardzo ciekawy temat. W zasadzie większość z nich działa nielegalnie i opiera się na opisanym powyżej modelu, z dodatkiem dziecięcych krzesełek i czasami stoliczków – mi się one kojarzyły z przedszkolem. Takie miejsca znaleźć można na każdym kroku. Według naszego przewodnika z wycieczki do zatoki Ha Long (o tym niżej), używają ich nie tylko dlatego, że na chodnikach nie ma za wiele miejsca (ponieważ wszędzie stoją skutery), ale również dlatego, że gdyby nadgorliwy policjant chciał się przyczepić, to mogą bardzo szybko zwinąć interes (czego nie zdążą schować, to im skonfiskują). W praktyce nie spotkaliśmy się z takim zachowaniem. Właściwie nie spotkaliśmy się też z żadnym policjantem, więc może to dlatego.

Typowe budynki w Hanoi (tylko kury na dachu były nietypowe)

Skoro już wspomniałem o skuterach, to czas rozwinąć ten temat. Pojazdy te stanowią kwintesencję ruchu ulicznego Wietnamu (może z wyjątkiem Ho Chi Minh, gdzie było też sporo samochodów, ale Sajgon nie jest reprezentatywnym przykładem). Ruch jest prawostronny, ale nawet bardziej chaotyczny niż w Tajlandii. W zasadzie to w Wietnamie przejście przez ulicę było największym wyzwaniem – na szczęście był to już nasz drugi tydzień w Południowo-Wschodniej Azji, więc czuliśmy się, jakby poziom trudności wzrósł, ale gra pozostała z grubsza taka sama. Nie wyobrażam sobie pierwszych dni w Hanoi, jeśli ktoś przyleciałby bezpośrednio z takiego powiedzmy Berlina, gdzie ordnung muss sein!

Skutkiem ubocznym 5 milionów skuterów w mieście są chodniki całkowicie przez nie zastawione. Zazwyczaj chodziliśmy ulicą, ponieważ inaczej po prostu nie dało się przejść. Często można spotkać oficjalnych parkingowych, którzy pobierają drobne opłaty za pozostawienie skutera na chodniku…

Do Wietnamu trafiliśmy w trakcie Tet, czyli ichniejszych obchodów Nowego Roku (Koguta). W związku z tym część miejsc była zamknięta, a na ulicach można było spotkać więcej turystów lokalnych, często poubieranych w tradycyjne odświętne stroje. Fajerwerków nie było, ponieważ rzekomo miasto zdecydowało się przeznaczyć przewidziane na ich organizację ofiarom powodzi – szlachetny czyn godny naśladowania… o ile oczywiście to prawda.

Co ciekawe na ulicach Hanoi nie było żadnych żebraków – według lokalnego przewodnika jest to efekt polityki rządu, który za cel postawił sobie zapewnienie dachu nad głową i pożywienia każdemu obywatelowi. Jak na gospodarkę socjalistyczną przystało – wszyscy są teraz biedni po równo (chyba że należą do Partii). Z kolei niepełnosprawnym zorganizowano miejsca pracy przy wytwarzaniu pamiątek dla turystów – jedno z takich miejsc odwiedziliśmy, ale nie jesteśmy pewni, czy są to domy opieki, czy obozy pracy – prawdopodobnie coś pomiędzy.

Przekrój przez Hanoi (w tym restauracja Obamy, tradycyjna zupa Pho i tradycyjny deser Bo Bia)

Napomknąłem już kilka razy o przewodniku, więc opowiem teraz więcej o wycieczce do zatoki Ha Long (oraz o innych ciekawostkach, które w jej trakcie poznaliśmy). Miejsce to jest wszędzie wymieniane jako punkt obowiązkowy wyprawy do Wietnamu i muszę się z tym zgodzić, chociaż nie bez zastrzeżeń. Jest to cud natury wpisany na listę UNESCO i cel licznych zorganizowanych wycieczek. W teorii można tam dotrzeć na własną rękę, ale jest to skomplikowane i raczej wiele się nie oszczędzi, a w przystani i tak trzeba do kogoś dołączyć. My wybraliśmy wariant 1-dniowy (25-50$), ale są też opcje z noclegami na łodzi lub na wyspie. Podróż busem w jedną stronę trwa 3.5-4.5 h, więc chyba wypad 2-dniowy jest sensowniejszy, ale naszej wycieczki bynajmniej nie żałujemy.

Sama zatoka jest bardzo malownicza, szczególnie w słoneczne dni, w które jednak Hanoi i okolice nie obfitują. My mieliśmy szczęście i zwiedzaliśmy ją przy 25 stopniach, ale równie dobrze mogło być 15. Nasza grupa liczyła kilkanaście osób i każdy zapłacił za wycieczkę inną cenę. Agenci używają różnych trików, aby przekonać turystów do wyższej opłaty, ale wygląda na to, że nie ma co się sugerować ich straszeniem, że miejsce nie jest gwarantowane (wątpię), że łódka słaba (łodzie są przydzielane w zasadzie losowo i bardzo podobne do siebie), że bus słaby (wszystkie były takie same), że przewodnik mówi słabo po angielsku (większość mówi słabo), że jedzenie będzie gorsze (podejrzewam, że zawsze serwują to samo) itp.

Oprócz rejsu jest jeszcze kilka standardowych atrakcji – kajaki (lub łodzie wiosłowe), jaskinia oraz wioska rybacka. Kajakowanie były bardzo przyjemne (choć krótkie), jaskinia była ładna (choć tandetnie podświetlona), natomiast wioski rybackiej nie było, ponieważ wyniosła się w mniej turystyczny rejon. Ogólnie rzecz biorąc była to bardzo luźna wycieczka, toczona wolnym tempem – w sam raz, żeby odpocząć, o ile ktoś nie ma choroby lokomocyjnej (ani żadnej innej, bo jak się jest chorym, to się słabo wypoczywa).

Zatoka Ha Long

Nasz przewodnik był bardzo skromny i małomówny – mogło to wynikać z niezbyt dobrej znajomości języka angielskiego. Dowiedzieliśmy się, że do niedawna w Wietnamie uczono się powszechnie rosyjskiego, a po nagłej zmianie polityki nauczyciele mieli miesiąc, aby się przekwalifikować na angielski (brzmi znajomo?), czego efekty widzimy teraz. Podobno obecne młode pokolenie pod tym kątem wygląda o wiele lepiej.

Opowiedział nam też trochę o samym języku wietnamskim, który jest o tyle ciekawy, że każde słowo ma dokładnie jedną sylabę. Aby jakoś ogarnąć zgłoski oznaczające to samo, musieli dodać mnóstwo znaków diakrytycznych (czyli daszków, ogonków itp.) Niektóre litery mają po trzy dodatkowe oznaczenia, przez co alfabet – pomimo że oparty na łacińskim – jest nadal ciężki do czytania; mimo wszystko łatwiej sobie z tym jednak poradzić niż z tajskim szlaczkami.

Drugi pełny dzień w Hanoi spędziliśmy chodząc po mieście i poznając lokalną kulturę. A dokładniej to niektórzy z nas poznawali kulturę, niektórzy sklepy, a niektórzy wnętrze pokoju… Wspominałem już, że choroba utrudnia wypoczynek? To tym bardziej komplikuje ona (albo i uniemożliwia) zwiedzanie.

Cộng hòa xã hội chủ nghĩa Việt Nam, czyli Socjalistyczna Republika Wietnamu (po lewej mauzoleum i budynek partyjny, w środku więzienie, po prawej Lenin)

Poza dziwnymi wąskimi budynkami w Hanoi stosunkowo często można spotkać również monumentalne socjalistyczne budowle. W tym mieście mieszczą się budynki rządowe, dawne więzienie Hoa Lo (w którym Francuzi trzymali Wietnamczyków, a później Wietnamczycy Amerkanów – w tym czasie nazywane było Hanoi Hilton), a także pomnik Lenina oraz mauzoleum wielkiego wodza Ho (nazwa Sajgonu została zmieniona na jego cześć po podbiciu go przez Północny Wietnam; swoją drogą Ho życzył sobie, aby po śmierci spalić jego zwłoki i rozsypać prochy w różnych miejscach kraju, ale partia zinterpretowała jego słowa jako prośbę o wydłubanie wnętrzności i umieszczenie w akwarium wystawianym na widok publiczny każdego ranka).

Żeby jednak nie wyglądało to tak szaro, trzeba też powiedzieć, że mają trochę parków, jeziorek, a nawet niewielki ogród botaniczny. Z okazji obchodów Nowego Roku udało mi się również poobserwować festiwal kaligrafii oraz tradycyjnej muzyki wietnamskiej. Zawiodła mnie natomiast Świątynia Literatury, która na zdjęciach wyglądała bardzo ciekawie, ale w rzeczywistości była niewielka i bardzo zatłoczona.

Noworoczne Hanoi (cytadela, warsztaty kaligrafii, występy muzyczne i kukiełki wodne)

Osobną atrakcją jest cytadela – połączenie starych, zabytkowych budynków z całkiem współczesnymi bunkrami, w których mieściły się centra dowodzenia Hanoi. W tym miejscu udało mi się też trafić na noworoczny pokaz kukiełek wodnych – tradycyjnej północno-wietnamskiej formy sztuki, w której lalkarze stoją schowani za przesłoną i sterują kukiełkami za pomocą mechanizmów ukrytych pod mętną wodą. Na powierzchni toczy się akcja, prezentująca zazwyczaj aspekty życia na wsi i gloryfikująca tradycyjnie szanowane zwierzęta i zachowania (np. koń i bawół wspomagają człowieka w walce z tygrysem).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.