Waszyngton i Floryda, czyli niezbyt dziki wschód

Lot do Orlando obył się bez przygód, chociaż muszę powiedzieć, że nigdzie wcześniej nie spotkaliśmy tak wyluzowanego i radosnego personelu pokładowego jak w USA. Być może była to kwestia kierunków (zarówno Floryda, jak i Las Vegas są miejscami, w które lata się dla rozrywki), ale przyjemniej się takim samolotem podróżowało. Bilety są tanie, ale często dopłaca się nawet za bagaż podręczny, więc trzeba na to zwracać uwagę.

Orlando: plaża w Discovery Cove

Samego Orlando nie zwiedzaliśmy, więc nie będę o nim pisał – przenocowaliśmy tam dwa razy w motelu, a cały dzień spędziliśmy w wodnym parku rozrywki Discovery Cove. Zresztą z tego, co mi wiadomo, to właśnie z takich miejsc to miasto słynie, z ogromnym Disneylandem na czele (100 km kwadratowych!). Jest to dość droga impreza, szczególnie w pakiecie z pływaniem z delfinami, więc każdy już sam musi sobie ocenić, czy dla niego ma to sens. Na pewno jest tam ładnie i można popływać z maską wśród sztucznie utworzonych raf koralowych, pełnych kolorowych rybek, a nawet płaszczek (które są czarne, ale za to wielkie), a także przejść się sztuczną dżunglą pełną kolorowych ptaków.

Orlando: Discovery Cove – smyranie delfina po brzuchu (za obopólną zgodą!)

Jeśli chodzi o delfiny, to jest to fajna zabawa (karmienie, głaskanie, wspólne pływanie) i podobno są tam szczęśliwe (tj. nie są do niczego zmuszane, po prostu przekupuje się je smakołykami, aby przebywały z gośćmi), ale nie wiem, czy drugi raz bym się na to zdecydował – tak inteligentne zwierzęta nie powinny raczej żyć w zamknięciu. Każdy musi sam ocenić zgodnie ze swoim sumieniem, czy chce wspierać taki typ rozrywki. Na pewno są traktowane znacznie lepiej niż wielbłądy w Jordanii czy słonie w Tajlandii, ale dalej całe życie spędzają w niewoli. No cóż, przynajmniej dla nich praca jest zabawą.

Przylądek Canaveral: centrum lotów kosmicznych

Z Orlando wypożyczonym samochodem udaliśmy się do Miami, po drodze zawijając na przylądek Canaveral. Oczywiście najfajniej by było, gdyby akurat tego dnia startowała stamtąd jakaś rakieta – niestety zdarza się to rzadko i nie trafiliśmy na takie wydarzenie. Niemniej uważam, że i tak warto tam się wybrać i pozwiedzać Centrum Kosmiczne im. Kennedy’ego. Można tam poczuć się, jakby brało się udział w jakiejś misji, dzięki możliwości zobaczenia autentycznych miejsc używanych przy startach rakiet oraz w filmach (zarówno centrum lotów, w którym wzięliśmy udział w symulacji startu, jak i kosmodrom i inne wielkie konstrukcje).

Przylądek Canaveral: prom Atlantis

Dodatkowo można spróbować swoich sił w symulatorze wahadłowca oraz obejrzeć prawdziwy prom kosmiczny, ponieważ na wystawie znajduje się tam wycofany ze służby Atlantis (to już trzeci, jaki udało nam się zobaczyć – po Enterprise w Nowym Jorku i Discovery w Waszyngtonie, ale ten dla odmiany jest otwarty – można podziwiać jego wewnętrzną strukturę). Jeśli dodamy do tego lądownik księżycowy, modele rakiet (włącznie z największą w historii Saturn V), mnóstwo interaktywnych atrakcji, a nawet możliwość rozmowy z emerytowanymi astronautami (za dodatkową opłatą), to wychodzi naprawdę przyjemne popołudnie dla osób zainteresowanych tematyką eksploracji kosmosu.

Przylądek Canaveral: duuuże dyyysze

Ten ostatni aspekt jest zresztą bardzo ciekawy – w wielu miejscach podczas naszej wycieczki mieliśmy okazję spotkać i rozmawiać z emerytowanymi pracownikami zwiedzanych miejsc (lotniskowiec w Nowym Jorku, Muzeum Lotnictwa i Przestrzeni Kosmicznej w Waszyngtonie, Centrum Kosmiczne NASA, Tama Hoovera). Wydaje mi się to bardzo dobrym pomysłem aktywizacji starszych osób – zwłaszcza, że mają wiele historii do opowiedzenia i robią to bardzo chętnie.

Przylądek Canaveral: Snoopy astronauta! (nie był zbyt rozmowny)

Drugą połowę dnia spędziliśmy w drodze, jadąc na południe autostradą stanową. Pierwsza różnica od europejskich autostrad, która rzuciła nam się w oczy, to mnogość węzłów – można było zjechać niemal wszędzie. Prawdopodobnie wynikiem tego był brak możliwości zatankowania przy samej drodze – zawsze trzeba było zahaczyć o jakąś miejscowość, nie był to jednak problem, ponieważ w Stanach autostrady często biegną przez miasta, a zjazdy są dobrze oznakowane – stoją przy nich drogowskazy do pobliskich stacji benzynowych.

Droga z Przylądka Canaveral

Za paliwo zazwyczaj trzeba zapłacić określoną kwotę z góry – w gotówce lub kartą. Jeśli zatankujemy za mniej, to oczywiście dostaniemy zwrot reszty. Z polskimi kartami debetowymi różnie bywało – czasami nie działały, czasami działały prawidłowo, a czasami trzeba było wybrać na terminalu kredytową. Najbezpieczniej zawsze posiadać zapas gotówki, żeby nie martwić się takimi problemami. Benzyna w USA jest relatywnie tania (pomijając tereny, gdzie na dużej powierzchni jest niewiele stacji paliw, ale o tym w kolejnej części cyklu). Podobnie jak u nas, samochód wypożycza się z pełnym bakiem i takiż również zwraca, więc oczywiście ceny na stacjach przy wypożyczalniach potrafią być o 30-50% wyższe. Trzeba też pamiętać, że koszt auta to zazwyczaj około połowa całkowitego wydatku – drugie tyle pochłania ubezpieczenie. Poza tym oczywiście można wykupić całą rzeszę dodatków, jak wypożyczenie nawigacji, fotelika, bagażnika itd. My używaliśmy map offline w telefonie i były wystarczająco precyzyjne.

Oryginalna amerykańska ciężarówka!

Samochód warto zarezerwować z wyprzedzeniem przez Internet – jest wtedy zazwyczaj taniej, a po przyjeździe może okazać się, że na parkingu nie ma już auta danej klasy i wtedy oferują nam wyższą za tę samą kwotę (więcej o takich przypadkach napiszę w kolejnym artykule, ponieważ na zachodzie USA mieliśmy więcej przygód z tym związanych). Oczywiście żeby wypożyczyć pojazd w Stanach, trzeba mieć przy sobie prawo jazdy (większość wypożyczalni honoruje polskie) i kartę kredytową z odpowiednio wysokim limitem, którym firma zabezpiecza pokrycie ewentualnych napraw (szczególnie gdy ktoś nie wykupuje ubezpieczenia) oraz potrącanych automatycznie opłat za przejazd niektórymi drogami. Może się też zdarzyć, że blokada nie zejdzie z karty przez kilka dni, co może stanowić problem, jeśli nasz limit starcza tylko na jedno wypożyczenie, a chcemy zrobić to samo w nowym miejscu – my na szczęście mieliśmy kilka dni przerwy i to wystarczyło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.