Tajlandia, czyli połączenie egzotyki z bezpieczeństwem

Druga połowa naszego pobytu w Tajlandii to górskie miasto Chiang Mai. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami było to zupełnie inne miejsce niż stolica (nie licząc świątyń – tych było standardowo od groma). Na miejsce dojechaliśmy pociągiem nocnym. Ten środek transportu jest w Tajlandii alternatywą dla samolotów na kilku popularnych trasach i jego jakość jest zadowalająca, aczkolwiek też warto rezerwować go z wyprzedzeniem. Wypróbowaliśmy 3-cią (krótka podróż – 15 THB) i 2-gą (kuszetka – 800 THB) klasę i byliśmy zadowoleni. Co prawda zegarka bym według tych pociągów nie ustawiał, ale poza tym nie ma do czego się przyczepić. Nawet z wymianą biletu nie było problemu, gdy okazało się, że kolejny pociąg będzie jechał wcześniej niż nasz opóźniony…

Atrakcje w Chiang Mai

Wracając do Chiang Mai – to miasteczko było dużo spokojniejsze niż Bangkok. Wyglądało bardziej jak europejski kurort niż azjatycka metropolia. Jest nazywane miastem 300 świątyń, więc napotykaliśmy je, nawet nie szukając. Małym minusem jest brak komunikacji miejskiej – zamiast nich jeżdżą czerwone songthaew, które są czymś pośrednim pomiędzy taksówką a autobusem – zabierają po kilka osób i nigdy nie wiadomo, jaką trasą pojadę, ponieważ do zależy od celów pasażerów. Cena – jak to zwykle bywa – jest negocjowalna.

Jadąc tutaj mieliśmy dwa cele: kurs gotowania (900 THB) oraz trekking po górskiej dżungli (1500 – 4000 THB). Kurs wypadł pozytywnie – każdy z nas przygotował po 4 potrawy (wybrane z kilkunastu możliwych) i najadł się do syta, a nawet bardziej. Instruktor wpierw zabrał nas na lokalny targ i pokazał, co interesującego można tam kupić, co było ciekawym preludium do właściwej części kursu. Każdy miał swoje stanowisko przy stole oraz własny wok – jest to niezła zabawa nawet dla osób nie przepadających za gotowaniem.

Kurs gotowania w Chiang Mai

Tego samego dnia wieczorem skoczyliśmy również na galę muay thay, czyli tajskiego boksu. Pomimo tego, że byliśmy w najlepszej hali w mieście, same walki nie były na zbyt wysokim poziomie, ale też nie to nas interesowało – pojechaliśmy tam zobaczyć show im towarzyszący. Każdą walkę urozmaicał komentarz na żywo, a oprócz spikera słychać również było muzykę, której tempo dostosowane było do wydarzeń na ringu. Oprócz tego samo przygotowanie do walki było ciekawe – zawodnicy wykonywali na ringu tradycyjne rytuały, a następnie niektórzy widzowie mogli wręczyć im girlandy i zrobić sobie z nimi zdjęcia, najpewniej przyjmując na tę walkę rolę ich mecenasów. Pomiędzy kibicami chodził podejrzany typek zbierający zakłady, co również traktowaliśmy jako część folkloru.

Ostatnim etapem naszego pierwszego pobytu w Tajlandii była 2-dniowa wycieczka do dżungli, co do której mamy mieszane uczucia. Dżungla nie wyglądała tak, jak się tego spodziewaliśmy. Najgroźniejszymi spotkanymi zwierzętami były gęsi (które nas zaatakowały!), a sama roślinność i rzeźba terenu przypominały raczej widoki z Bieszczad niż z filmów o wojnie w Wietnamie. Trekking był bardzo wyczerpujący i krótki, co też nie do końca pasowało do naszych oczekiwań. Z drugiej strony mieliśmy okazję do spędzenia czasu ze słoniami, które wyszorowaliśmy i nakarmiliśmy, a do tego spotkaliśmy ciekawych ludzi, więc czas nie był zmarnowany.

Nocleg spędziliśmy w górskiej wiosce, do której można dostać się tylko piechotą lub płytką rzeką. Zobaczyliśmy, jak żyją miejscowi, a w międzyczasie przewodnik opowiedział nam o okolicy i o górskich plemionach. Wbrew obiegowej opinii, wieczorem wioska nie zamieniała się w turystyczną Sodomę i Gomorę, ale może to być związane z faktem, że podróżowaliśmy w małej grupie – oprócz nas była tam amerykańska para pochodzenia polsko-hinduskiego, Niemiec pochodzenia chorwackiego oraz dwóch Finów pochodzenia… cóż, fińskiego.

Górska wioska w dżungli

Następnego dnia przywitało nas małe śniadanie przy ognisku, po czym udaliśmy się na spływ tratwami, które przy nas zbudowano z bambusowych pali. Ta część wycieczki była bardzo przyjemna – strumień miejscami był całkiem wartki i musieliśmy się namęczyć, aby odpowiednio wysterować tratwę, a do tego widoki od strony wody prezentowały prawdziwą dżunglę, na którą czekaliśmy. Do miasta wróciliśmy jeepem, w którym wskazówka prędkościomierza najwyraźniej była wyposażeniem dodatkowym, na które właściciel się nie zdecydował. Myślę, że to bez znaczenia, ponieważ ograniczeń prędkość poza miastami i tak nikt w Azji Południowo-Wschodniej nie przestrzega.

Wieczór tego dnia spędziliśmy w parku, a następnie udaliśmy się na nasz lot – Chiang Mai to pierwsze miasto, w którym byłem, gdzie z centrum swobodnie można dojść na lotnisko piechotą. Lot z noclegiem w terminalu nie jest najciekawszą opcją, ale niestety tym razem nie mieliśmy wielkiego wyboru, ponieważ pomyliliśmy się przy rezerwacji i zorientowaliśmy się na 3 dni przed planowanym odlotem, że jednak nie mamy podróży w tym terminie. I tak dobrze, że udało nam się dotrzeć do Hanoi zgodnie z planem.

To też ważna nauka – nawet gdy nie wszystko idzie zgodnie z planem, zawsze można znaleźć inne rozwiązanie. W praktyce potwierdziliśmy to w nawet trudniejszej sytuacji, która spotkała nas w Kambodży, ale to już opowieść na inną okazję.

Tajlandia okazała się krajem bardzo przyjaznym turystom, chociaż jak na mój gust zbyt mało egzotycznym. Tym razem nie odwiedziliśmy tutejszych rajskich wysp (zdecydowaliśmy się na to w Kambodży), a poza tym jest też kilka innych miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć, więc być może kiedyś tu wrócimy – jak już znudzi nam się odkrywanie nowych miejsc i będziemy mieli ochotę na spokojną wycieczkę bez poważnych komplikacji. Jeśli takie lubicie, to Tajlandia jest miejscem dla Was!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.