Tajlandia, czyli połączenie egzotyki z bezpieczeństwem

Tajlandia to ostatnio bardzo popularny kierunek podróży. Gdy rozmawialiśmy o tej wycieczce ze znajomymi, to okazało się, że kilka par również niedawno odwiedziło ten kraj. U nas ten pomysł pojawił się raczej niespodziewanie. Znajomi chcieli odwiedzić naszą wspólną przyjaciółkę w Hong Kongu, a później zabrać się na południe. My stwierdziliśmy, że w sumie to może być ciekawa wycieczka, jeśli dorzucimy do niej Wietnam, Laos i Kambodżę. Po analizie dostępnego czasu (3 tygodnie) i kosztów okazało się, że musimy zrezygnować z Laosu i… Hong Kongu. Przyjaciółka miała do nas dołączyć w Wietnamie, do czego ostatecznie nie doszło, więc finalna podróż zasadniczo różniła się od początkowej koncepcji. Tak czy inaczej – zwiedziliśmy Tajlandię, Wietnam i Kambodżę w cztery osoby na własną rękę. Ten wpis przedstawi Wam w zarysie pierwszy z tych krajów.

Bangkok jest przez wielu uznawany za backpackerską stolicę świata. Czy jest to prawda? Trudno powiedzieć, trzeba zwiedzić resztę świata, ale rzeczywiście wydaje się, że to miasto, jak i cały kraj, jest znakomitym wyborem na indywidualnych podróżników z plecakiem – zwłaszcza dla takich, którzy nie chcą się niczym martwić ani przejmować żadnymi trudnościami.

W stolicy prawie każdy napotkany Taj mówił po angielsku (i to znacznie lepiej niż w innych krajach azjatyckich). Bez problemu można zarezerwować noclegi, loty, pociągi, a jeśli komuś się nie chce robić tego przez Internet, to i na miejscu łatwo coś znaleźć. Pod tym kątem państwo to niewiele różni się od Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych, a jest zdecydowanie taniej.

Oczywiście efekt takiego stanu rzeczy jest łatwy do przewidzenia, szczególnie w dobie niestabilnej sytuacji politycznej w Europie – do Tajlandii na wakacje przylatuje każdy, kto nie ma problemu z umiarkowanie drogimi lotami. Nas lot w obie strony kosztował 2500 PLN od osoby (z przesiadką w Moskwie). Można znaleźć taniej, można znaleźć drożej – wszystko zależy od wyprzedzenia, linii lotniczych oraz liczby i czasu przesiadek. My daliśmy sobie 3h na ewentualne problemy w stolicy Rosji – nie starczyło… Na szczęście Aeroflot stanął na wysokości zadania i dostaliśmy bilety na kolejny lot do Bangkoku, więc na miejscu byliśmy z zaledwie dwugodzinnym opóźnieniem.

Z lotniska do miasta można się dostać taksówką (300-400 THB) lub koleją podmiejską (45 THB/osobę) – wybraliśmy tę drugą opcję i nie było żadnych problemów. THB to skrót od baht, czyli lokalnej waluty. Dla uproszczenia można przyjąć, że 1 PLN = 10 THB. Podróż autobusem po mieście (lub tramwajem wodnym po rzece) to koszt rzędu 10 THB. Wycieczka tuk-tukiem to zazwyczaj 50-150 THB, a swobodnie mieszczą się do niego 2 osoby (w Kambodży 4 – nie dlatego, że ludzie w Kambodży są mniejsi, tylko dlatego, że tuk-tuki są większe).

Tuk-tuk

A właśnie: tuk-tuki. Jest to wytwór azjatycki wymagający osobnego komentarza. W skrócie jest to skrzyżowanie rikszy z motocyklem. W każdym kraju wyglądają inaczej, ale w Bangkoku można zobaczyć ich najwięcej i są zdecydowanie najładniejsze – w większości zadbane, kolorowe, a w nocy podświetlone! Jest to bardzo popularny sposób przemieszczania się turystów po mieście, aczkolwiek tak jak inne pojazdy stoją w korkach, więc lepiej skorzystać z kolejki nadziemnej (BTS), tramwaju wodnego lub… zwiedzać piechotą.

Jako zakwaterowanie wybraliśmy okolice (nie)sławnej Khao San Road, czyli ulicy na której rzekomo można kupić wszystko i spróbować wszystkiego. W praktyce jest to silnie turystyczna okolica z mnóstwem straganów, barów, restauracji i street foodu, który jest punktem obowiązkowym zwiedzania Azji. Zastanawialiśmy się, na ile odważni będziemy w próbowaniu miejscowych specjałów sprzedawanych z wózków, których właściciele nigdy nie słyszeli o higienie w gastronomii. Okazało się, że w większości przypadków nie ma czego się bać – jedzenie było smaczne, tanie, a do tego nieinwazyjne dla żołądka. Pad thai z krewetkami to koszt 50 THB za wystarczającą porcję, a świeżo grillowane mięsko – 10 THB za patyk. Często korzystaliśmy z tego typu miejsc i zazwyczaj nie żałowaliśmy. Wieczorami można też kupić prażone owady i skorpiony. My zdecydowaliśmy się na mix owadów za 100 THB, jako że lubimy kulinarne wyzwania. Wbrew obiegowej opinii nie wszystko smakuje jak kurczak – owady smakowały bardziej jak… chipsy – były chrupkie i czuć było tylko przyprawy.

Khao San Road i tajski street food

Sam Bangkok jest miastem kosmopolitycznym i całkiem nowoczesnym. O ile można trafić w mniej ciekawe okolice (tj. brudne i woniejące, ale wciąż bezpieczne), o tyle większość ulic jest codziennie sprzątana. Co ważne ruch jest lewostronny, więc dokładając do tego typowo azjatycki chaos na drogach, początkowo można mieć pewne problemy z adaptacją i zwykłe przechodzenie przez ulicę jest wyzwaniem. Z drugiej strony większość uczestników ruchu to skutery nieprzekraczające 30km/h (chyba że z górki), więc po początkowym szoku można zauważyć, że jest tam raczej bezpiecznie i w tym szaleństwie jest metoda.

Turyści w Bangkoku nie mogą narzekać na brak atrakcji. My zdecydowaliśmy się odwiedzić tereny Pałacu Królewskiego z Wat Phra Kaeo (Świątynia Szmaragdowego Buddy), a także Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy), Wat Arun (Świątynia Brzasku), Wat Saket (Złota Góra), Wat Chanasongkhram Ratchaworamahawihan (przypuszczalnie coś w stylu „Świątynia Najdłuższej Nazwy”) i pewnie kilka innych. Waty to buddyjskie budynki sakralne, często otoczone ogrodami pełnymi drzewek bonsai i zazwyczaj pełne złotych posągów Buddy, co nie jest szczególnie zaskakujące. Te miejsca są z pewnością warte zobaczenia, ale kilka świątyń zdecydowanie wystarczy – nie różnią się od siebie aż tak bardzo.

Atrakcje Bangkoku (w tym 40-metrowy leżący Budda)

Z innych atrakcji odwiedziliśmy również Chinatown (dużo jedzenia i chińskich neonów, warto zajrzeć tam po zmroku) oraz farmę węży prowadzoną przez Czerwony Krzyż. Jest to druga najstarsza farma na świecie i mają tam okazy ponad 200 gatunków, które regularnie doją – codziennie można się załapać na pokazy tej procedury, a także na prezentację najciekawszych egzemplarzy. Miejsce to znajduje się w bardziej nowoczesnej części Bangkoku, którą również warto zobaczyć, aby mieć pełniejszy obraz tego miasta. Ostatniego dnia trafiliśmy również do jednej z dzielnic czerwonych latarni (podobno są trzy) – Nana – która jednak okazała się niewypałem, ponieważ jej główna atrakcja była zamknięta. Prawdopodobnie było to związane z „ważnym buddyjskim świętem”, o którym dowiedzieliśmy się, próbując kupić piwo w sklepie.

Tego samego dnia zupełnie przypadkiem (nie chciało nam się czekać na autobus) natknęliśmy się na Japan Expo 2017. Jakkolwiek nie kręci nas kultura Kraju Kwitnącej Wiśni, ciekawie było zobaczyć na żywo wysokie stężenie całkiem nieźle wyglądających cosplayerów. Spróbowaliśmy również rzekomo japońskiej potrawy, która jednak wydała nam się wyjątkowo swojska – omlet z ziemniakami, boczkiem i kilkoma innymi składnikami, czyli okonomiyaki.

Cosplay w nowoczesnej części Bangkoku

Jeden dzień z naszego napiętego grafiku przeznaczyliśmy na wycieczkę do Ayutthaya, czyli dawnego centrum handlowego okolicy (jak Wenecja w XV wieku, nie jak Galeria Mokotów), pełnej starych świątyń z różnych okresów imperium. Trafiliśmy tam stosunkowo późno (ok. 15:00), co było błędem – warto poświęcić na to miejsce cały dzień, ponieważ różni się znacząco od innych tajskich miast. Podobnie jak one, to również jest pełne świątyń, ale są one dużo starsze i pokazują wiele stylów architektonicznych, które przewijały się przez okolicę. Niektórzy traktują to miejsce jako zamiennik Angkor Wat z Kambodży, ale według nas te atrakcje różnią się od siebie dość znacząco.

Są w zasadzie dwie opcje zwiedzania Ayutthaya – tuk-tukiem (500-1000 THB) lub rowerem (50 THB). W tym wypadku rozdzieliliśmy się i wypróbowaliśmy obie możliwości. Pierwsza pozwala zobaczyć więcej miejsc, natomiast druga pozwala pojeździć na rowerze w klimacie tropikalnym i doświadczyć szalonego azjatyckiego ruchu lewostronnego z pierwszej ręki, więc każdy musi sam zdecydować, co go bardziej kręci. Ważne jest to, że wszyscy bezpiecznie zdążyli na ostatni powrotny pociąg.

Ayutthaya

Przy okazji tej krótkiej wycieczki odkryliśmy tajskie lody z… czarnej fasoli i kukurydzy! Co istotne – nie „o smaku kukurydzy”, ani nie „z aromatem fasolowym” – ale autentycznie z nich zrobione. Wyglądały i smakowały jak blok fasoli/kukurydzy polany mlekiem kokosowym i zamrożony. Niebo w gębie – polecamy spróbować każdemu, kto będzie miał okazję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.