Stolicing, czyli Bratysława, Budapeszt, Wiedeń i Praga w 5 dni

Trzeci na naszej liście był Wiedeń. Ze względu na utrudnienia w ruchu ulicznym w poprzednim mieście oraz korek na granicy, dotarliśmy na miejsce stosunkowo późno i bardzo głodni. Tego wieczora pospacerowaliśmy tylko po Belwederze, kupiliśmy torcik Sachera, który posłużył nam za kolację (i niestety był przereklamowany), obejrzeliśmy kawałek sztuki na telebimie ustawionym pod budynkiem Opery, a następnie udaliśmy się do zarezerwowanego apartamentu na obrzeżach centrum. Co ciekawe był on samoobsługowy, tj. przy bramie zamocowana była skrytka z kluczem na kod, a pieniądze zostawiało się w pudełku w domu – podoba mi się ten poziom zaufania do gości.

Wiedeń wieczorową porą (Beldweder, tort Sachera, opera pod Operą)

Niestety w stolicy Austrii ceny były wyjątkowo wysokie, a parkingi trudno dostępne. Okazało się, że wbrew pierwotnym ustaleniom nie możemy zostawić samochodu w miejscu noclegu i musieliśmy poszukać innego rozwiązania. Najpierw chcieliśmy ulokować auto na P+R na obrzeżach, ale okazało się, że nie ma wolnych miejsc (!), więc pojechaliśmy do centrum (marnując sporo czasu w korku) i dopiero tam zaparkowaliśmy na lokalnym P+R w kwartale muzeów (19 budynków w jednym miejscu – jeśli ktoś planuje je wszystkie odwiedzić, to niech lepiej zarezerwuje sobie na to kilka dni).

Wiedeń… jednocześnie najgorsze i najlepsze z miast przez nas odwiedzonych. Bardzo drogi i pompatyczny, ale jednak robiący monumentalne wrażenie. To jedno z tych miast, które nie musi się starać, ponieważ wszystkie atrakcje są już tam od ponad 100 lat – co by się nie stało, ludzie i tak będą je odwiedzać. Wszystkie budynki w centrum podobne do siebie – odnowione, białe kamienice z licznymi zdobieniami. Ulice pełne ekskluzywnych sklepów i hoteli oraz budka z falafelami pod Bristolem (tak bardzo tam nie pasowała, że aż kupiliśmy w niej śniadanie). Fale turystów, mnóstwo samochodów i jeszcze więcej znaków drogowych – porządek musi być!

Wiedeńskie ciekawostki, w tym stajnia w centrum miasta, ekskluzywne gałki, falafel pod Bristolem i dwupoziomowy przystanek tramwajowy

Trzeba jednak powiedzieć, że Starówka była bardzo surowa – mało zieleni, niewiele deptaków, za to głośno, tłoczno i… śmierdząco! Gdzie jak gdzie, ale w Wiedniu nie spodziewałem się smrodu końskiego moczu na każdym kroku. Wynika to z obecności tradycyjnych fiakrów (dwukonnych bryczek), których jest pełno w okolicy. Poza tym to miasto jest dużo bardziej płaskie niż wszystkie pozostałe, pomimo czego nie odważyłbym się jednak na zwiedzanie go rowerem – niby infrastruktura jest, ale co to za przyjemność pedałować wśród spalin?

Standardowo już głównymi atrakcjami są kościoły, teatry, parlament i ratusz. Również większość galerii (artystycznych, nie handlowych) i uniwersytet znajdują się w bardzo okazałych budynkach, ale już muzeum Freuda nas zawiodło, ponieważ nie było falliczne w żadnym aspekcie. Pominęliśmy tym razem Pałac Schonbrunn z jego słynnymi ogrodami, czego trochę żałujemy, ale niestety nie starczyło nam czasu. Cały dzień żywiliśmy się torcikami, ale to chyba liczy się jako lokalna kuchnia.

Wiedeń monumentalny (muzeum, parlament, Maria Teresa, kościół, kamienica, ratusz)

Ruszając do Pragi znowu utknęliśmy w korku – zdecydowanie sugeruję unikania wjazdu do centrum Wiednia. W połowie drogi – tuż przy granicy czesko-austriackiej – znajduje się wspaniałe miejsce, które już kilka razy odwiedziłem jako uczestnik wycieczek zorganizowanych – tym razem trafiliśmy na nie przez przypadek, ignorując sugestię nawigacji odnośnie optymalnej trasy. Jest to Excalibur Castle – pełne kiczu wesołe miasteczko / stacja benzynowa / sklep / restauracja. Bawiliśmy się tam świetnie, a mnie przypominało niektóre hotele w Las Vegas (w tym słynny Excalibur).

Excalibur City (w tym samolocie jest restauracja!)

Ostatni punkt to stolica Czech – przepiękne miasto oddalone od Szczecina o zaledwie 5 godzin jazdy po niemieckich autostradach. Byłem tam już kilka razy, a i tak po raz kolejny mnie zachwyciło. Od razu widać jedną podstawową różnicę w odniesieniu do Wiednia – kamienice są dużo bardziej kolorowe. Druga to obecność siermiężnej socjalistycznej architektury w kilku miejscach, co jednak nie psuje całego wrażenia, a powoduje tylko drobny zgrzyt w odbiorze.

Nocowaliśmy pod mostem… To znaczy mieliśmy pokój w pensjonacie, ale pensjonat znajdował się pod wiaduktem. Bardzo ciekawa dzielnica, taka praska Praga Północ, przy czym zlokalizowana w bezpośrednim sąsiedztwie Wyszehradu, więc nadaje się na punkt wypadowy.

Wyszehrad (w tym nasz nocleg pod mostem, bazylika oraz intrygujący nagrobek pewnego rysownika)

Stolica Czech jest przyjaznym miejscem dla polskiego turysty – blisko, tanio i prawie nas rozumieją – więc naszych rodaków spotykaliśmy najwięcej. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od cmentarza i bazyliki na Wyszehradzie – polecam zobaczyć przede wszystkim nekropolię, na której znajduje się wiele wyjątkowych pomników ściśniętych na małej powierzchni. Następnie powędrowaliśmy wzdłuż Wełtawy, trafiając na pierwszy dzień jarmarku, na którym można było kupić pyszne ciasta i inne przekąski oraz napoje – to było bardzo dobre drugie śniadanie (pierwsze mieliśmy w pensjonacie) – przypominało mi trochę szczecińskie Śniadania na Błoniach, tylko było taniej i mniej zdrowo.

Koło klasztoru Emaus odbiliśmy w stronę Starego Miasta i chodziliśmy po nim, podziwiając wszystkie typowe punkty, czyli kościoły, synagogi, ratusze, pomniki itd. Kumulacja ciekawych miejsc jest w tym mieście wyjątkowa, ponieważ oprócz wymienionych standardów można też tam spotkać bardziej ekstrawaganckie atrakcje, jak muzeum czekolady czy … maszyn erotycznych. Z kolei kilka kroków od Rynku znajduje się dzielnica żydowska, w której za słoną opłatą można zobaczyć kilka świątyń (w tym słynną i wciąż działającą Staronową Synagogę z 1270 roku) i cmentarz.

Okolice praskiej starówki prezentowane przez naszego lokalnego przewodnika (w tym pomnik Kafki, Staronowa Synagoga oraz słynny zegar astronomiczny)

Z kolei wizytę po drugiej stronie rzeki zaczęliśmy od wielkiego praskiego metronomu postawionego w miejsce największego na świecie pomnika Stalina (który wysadzono kilka lat po zbudowaniu, ponieważ Partia ogarnęła, że kultowi jednostki nie po drodze jest z ideami komunizmu). Byłem wcześniej kilka razy w Pradze, ale akurat tej atrakcji nie pamiętałem – wygląda fajnie, ale mógłby się ruszać… Ze wzgórza, na którym postawiono ten „pomnik”, roztacza się fantastyczny widok na Stare Miasto i łatwo można stamtąd dojść na Hradczany, odwiedzając po drodze ogrody królewskie, co też uczyniliśmy. Co ciekawe było to jedyne miejsce, w którym sprawdzano nasz bagaż pod kątem niebezpiecznej zawartości – niestety jest to coraz częstsza procedura w miastach na całym świecie (piszę niestety, ponieważ o ile całkowicie popieram takie akcje, o tyle smuci mnie, że są potrzebne).

O Hradczanach można by wiele napisać (ale komu chciałoby się to czytać?). Znajduje się tam przepiękna katedra św. Wita, zamek, Złota Uliczka i inne atrakcje. Oczywiście nie na wszystko starczyło nam czasu, ale warto zahaczyć o to miejsce choćby na chwilę. Wracając przeszliśmy przez Most Karola i wzdłuż rzeki udaliśmy się w kierunku smażonego sera. Okazało się, że wcale nie tak łatwo było znaleźć knajpę spełniającą nasze oczekiwania, tj. akceptującą płatność kartą, nie śmierdzącą papierosami oraz z kelnerami, którzy nas nie olewają przez 10 minut pomimo braku ruchu – w rezultacie wróciliśmy do miejsca poleconego nam w pensjonacie i nie żałowaliśmy – knedliki były tego warte! Wtopiliśmy tylko trochę z zakupami przed wyjazdem – Lidl to nie jest najlepszy sklep do szukania tradycyjnych czeskich produktów…

Hradczany (w tym wielki praski metronom, katedra, Most Karola i ziemniak na patyku)

Jak widzicie nasza wycieczka była raczej intensywna, a już najbardziej dla kierowcy, czyli dla mnie. Na pewno jednak nie żałujemy, że odwiedziliśmy te miejsca. Gdybym miał w przyszłości wybierać, to więcej czasu spędziłbym w Budapeszcie i w Pradze, bo tam chyba najwięcej nas ominęło. Największym pozytywnym zaskoczeniem była stolica Węgier – spodziewałem się drugiej Warszawy, a bliżej jej było do drugiego Rzymu. Bratysława z kolei była przyjemna i spokojna, w sam raz na jeden dzień. Wiedeń trochę mnie odrzucił, ale może gdyby spędzić tutaj więcej czasu i odwiedzić parki, to efekt byłby inny. Na pewno warto przynajmniej raz go zobaczyć. Polecam zwiedzać te miejsca na własną rękę – są od siebie oddalone o 2-3 godziny jazdy (samochodem, autobusem, pociągiem… do wyboru, do koloru), a w ten sposób każdy może wybrać, co go interesuje. Noclegi i transport bardzo łatwo zaplanować, a na miejscu wszyscy mówią po angielsku – nic tylko ruszać przed siebie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.