Stolicing, czyli Bratysława, Budapeszt, Wiedeń i Praga w 5 dni

Tegoroczną majówkę postanowiliśmy spędzić zwiedzając intensywnie kilka miast, które są na tyle blisko siebie, że nie traci się zbyt wiele czasu na przejazdy między nimi. Poruszaliśmy się samochodem w 4 osoby i jest to chyba najwygodniejszy sposób na taką wycieczkę (może z wyjątkiem kierowcy). Oczywiście nie da się zobaczyć wszystkiego w każdym z tych miejsc w tak krótkim czasie, więc skupialiśmy się raczej na podziwianiu widoków w centrum i smakowaniu lokalnej kuchni.

Wycieczkę rozpoczęliśmy od stolicy Słowacji, do której dojazd zajął nam 9 godzin, z czego godzinę spędziliśmy w korku w Czechach (autostrady w tym kraju przechodzą gruntowny remont). Każde z odwiedzonych państw (poza tranzytowymi Niemcami) wymaga winiet, z czego słowacką i węgierską można łatwo kupić przez internet, a czeską i austriacką najlepiej przy przekraczaniu granicy. Wszystkie kosztują w przybliżeniu 10e za 10 dni.

Bratysława jest niewiele ludniejsza od Szczecina, a centrum miasta wydawało się opustoszałe. Nocleg mieliśmy przy samej Starówce, która zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie, pomijając może fakt parkowania – 90% miejsc było zarezerwowanych dla mieszkańców, więc łatwo nie było. Od pierwszego spojrzenia rzucał się w oczy brak wysokiej zabudowy w centrum – o ile kamienice miały po kilka pięter, o tyle drapaczy chmur nie dało się tam znaleźć.

Uliczki bratysławskiego Starego Miasta po zmroku

Miasto to wyróżniało się przede wszystkim małą liczbą turystów i bardzo spokojnym ruchem na ulicach. Trzeba też powiedzieć, że jest bardzo malowniczo położone – nad Dunajem i blisko granic węgierskiej i austriackiej. Sama Starówka jest bardzo dobrze zachowana, łącznie z kilkoma fragmentami murów, ale głównymi atrakcjami są: zamek położony na wzgórzu oraz … UFO.

Ten pierwszy przypomina mocno Zamek Książąt Pomorskich i nie jest szczególnie imponujący, ale podejście pod niego jest bardzo ładne, a ciekawostką jest studnia o głębokości 85 metrów (sięgająca do poziomu rzeki). Z jego murów rozciąga się doskonały widok na miasto, w tym na UFO Observation Deck, czyli punkt widokowy na szczycie pylonu jednego z mostów nad Dunajem. Nie wjeżdżaliśmy na górę, ale z zewnątrz wygląda na szczyt socjalistycznej myśli technicznej.

Zamek, UFO, stuuudnia, mural, kreatywne użycie klocków lego, wesoła kolacja oraz ogrody zamkowe

Bratysława przypominała mi  miasta skandynawskie – luźno zaludnione i faworyzujące pieszych i rowery względem samochodów. Jest to istotne również dla turystów, ponieważ całe centrum można spokojnie zwiedzić chodząc, nie jest zbyt duże. Na Starym Mieście znaleźliśmy kilka ciekawych budynków (w tym Dixit!) oraz spróbowaliśmy miejscowych potraw (i kofolę, słowacki odpowiednik… eee, Polo Cockty?), które możecie podziwiać na zdjęciach (zabudowania, nie potrawy). Obiad zjedliśmy w lokalu Divny Janko, który znajduje się tuż obok Pałacu Prezydenckiego – jest oblegany, ale nie bez powodu, tradycyjne dania są naprawdę dobre, a przy tym niedrogie – polecam zajrzeć, jeśli kiedyś będziecie w okolicy, ale niekoniecznie w godzinach lunchu, bo tworzy się kolejka do stolików.

Budynek Dixit

Osobną, ale obowiązkową atrakcją jest Zamek Devin, którego ruiny wznoszą się ponad ujściem Morawy do Dunaju. W tym miejscu zrozumieliśmy, dlaczego Dunaj nie był wcale modry – była to wina jego brunatnego, pełnego mułu i gałęzi dopływu. Z murów rozpościera się piękny widok na Słowację, Austrię i Węgry, a same ruiny są bardzo malownicze. Przy okazji nie ma również zbyt wielu zwiedzających, a dojechać można tam zarówno autobusem kursującym spod zamku w Bratysławie, jak i samochodem (ok. 30 minut). Jeśli ktoś ma więcej czasu i trochę kondycji, to polecam jednoślad – wokół Devin są bardzo przyjemne szlaki rowerowe.

Zamek Devin

Podróż do Budapesztu zajęła nam ok. 2,5 godziny i dojechaliśmy tam o zachodzie słońca. Pierwsze niesamowite wrażenie zrobił na nas węgierski parlament (na zdjęciu tytułowym artykułu), pięknie o tej porze oświetlony (tego już nie ma na tym zdjęciu) i widoczny w pełnej krasie z mostu nad Dunajem (a to znowu jest). W tym mieście również udało nam się znaleźć niedrogi nocleg w samym centrum, a parkowanie było darmowe ze względu na święto (niedziela + 1 maja w poniedziałek). Oczywiście pierwsze, co nas interesowało po dotarciu na miejsce, to kolacja.

Zgodnie z sugestią właścicielki udaliśmy się spory kawałek od apartamentu – tylko po to, aby trafić w najdroższą okolicę, gdzie mogliśmy albo zjeść zupę za 30zł, albo jakieś przekąski z jarmarku. Nie do końca tego spodziewaliśmy się po Budapeszcie i po dalszych poszukiwaniach okazało się, że najlepsza jadłodajnia znajdowała się bardzo blisko miejsca naszego noclegu. Nazywa się Lecso i jest ciekawym miejscem – od rana do 19 działają jak typowe bistro, nakładając to, co sobie wybierzemy z widocznych potraw, natomiast od 19 do 24 – jak restauracja z normalną kartą dań i obsługą kelnerską. Okazało się, że jest to znakomite miejsce na kolację (smaczne i tanie), ale na obiad już niekoniecznie (tylko tanie).

Budapeszt nocą (bazylika, katedra, zamek, parlament i McDonald’s na dworcu)

Nie żałowaliśmy jednak wieczornego spaceru, ponieważ dzięki temu zobaczyliśmy oświetlone atrakcje Budapesztu – i był to chyba najładniejszy widok tego typu z całej wycieczki. Taki zresztą był nasz plan na każde z miast – rano śniadanie i intensywne zwiedzanie, po południu obiad i podróż, wieczorem luźne podziwianie podświetlonych atrakcji w kolejnym miejscu – i poszukiwanie kolacji w tym samym czasie.

Stolica Węgier zaskoczyła nas swoim rozmachem – parlament był przepiękny, ale największe wrażenie zrobiło na nas chyba wzgórze zamkowe z wielką katedrą. Jak w większości miast europejskich, tak i tutaj znaleźć można mnóstwo monumentalnych budynków sakralnych, ale Bazylika św. Stefana i Kościół Macieja naprawdę się wyróżniają. Poza tym lokalizacja Starówki na wzgórzu jest naprawdę wyjątkowa – można chodzić pomiędzy kamienicami i od czasu do czasu podejść do muru, podziwiając panoramę miasta. Również nietypowy jest fakt lokalizacji zabytków po obu stronach rzeki – wynika to ze stosunkowo niedawnego połączenia Budy i Pesztu w jedno miasto.

Wzgórze zamkowe w Budapeszcie (w tym tunel pod nim i widok z góry)

Pomiędzy tymi częściami znajduje się wyspa, która dobrze pokazuje, jak nowoczesne jest to miasto. Służy ona głównie do wypoczynku – pełna jest placów zabaw, przyrządów do ćwiczeń, boisk, ścieżek rowerowych i biegowych itd. Podobnie jak Bratysława, miasto jest świetnie przystosowane dla jednośladów, aczkolwiek da się zauważyć znacznie większy ruch samochodów niż w stolicy Słowacji (a 1 maja dodatkowo pozamykano część ulic i urządzono na nich pokazy przejazdów bolidów F1 i innych samochodów wyścigowych… efekt to straszliwy hałas i do tego chaos nawigacyjny).

Oprócz typowych atrakcji widzieliśmy też kilka ciekawostek, jak rejs połączony z objazdem miasta – amfibią! Poza tym w wielu miejscach znajdowały się skrzynki, zaglądając do których można było dowiedzieć się, jak dana ulica czy narożnik wyglądały przed wojną – pomysłowa i łatwa do wprowadzenia atrakcja – nie tylko dla turystów, ale i dla miejscowych.

Budapeszt za dnia (mosty, ścieżki rowerowe i pomnik Colombo)

Muszę przyznać, że żałowałem, iż na Budapeszt mamy tylko jeden dzień, ponieważ jest tu naprawdę wiele rzeczy do zobaczenia. Część z nim widzieliśmy tylko z daleka (Cytadela), a inne tylko z okna samochodu (Park Miejski Varosliget ze swoim zestawem zabytków). No i do tego znakomite jedzenie: naleśniki, gulasz, leczo, języki wołowe… Zdecydowanie polecam to miasto na 2-3 dniową wycieczkę, przy czym odwiedzenie Bratysławy po drodze też jest dobrym pomysłem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.