Puszcza Białowieska, czyli rowerem po lesie pierwotnym

Drugiego dnia czekał nas odcinek liczący ok. 75 km – planowaliśmy dostać się do wsi o swojsko brzmiącej nazwie Żarkowszczyzna, która znajdowała się na drugim krańcu dostępnego nam obszaru. Kierowaliśmy się szlakami rowerowymi, które są nieźle pooznaczane, chociaż czasami dość skomplikowane, np. czerwony prowadzi we wszystkie cztery strony na skrzyżowaniu – wynika to z tego, że w okolicy znajdują się opcjonalne atrakcje do niego przypisane (jak Dziadek Mróz). Trzeba również uważać, żeby nie pomylić starych oznaczeń z nowymi, bo wtedy można zabłądzić.

Okolica była piękna, pogoda nam dopisywała, a na drogach spotykaliśmy więcej rowerzystów niż samochodów, więc dzień mijał nam bardzo przyjemnie. W kilku miejscach trafialiśmy na posterunki ze szlabanami, ale jak się okazywało, rowerów one nie dotyczyły. W połowie dnia dotarliśmy do niemal całkowicie opuszczonej wsi – widać również tutaj przyszła moda na przesiedlanie się do większych ośrodków miejskich. Przez całą trasę nie udało nam się zabłądzić, co dobrze świadczy o oznakowaniu szlaków i mapie.

Droga do Żarkowszczyzny (zwróćcie uwagę na gustowny szlaban w środku lasu oraz rączkę noża wystającą ze znaku – ktoś wyraźnie zabłądził)

Po południu dojechaliśmy do miejsca naszego noclegu – posiadłości hrabiego Tyszkiewicza. Gdyby ktoś się wybierał w te okolice, bardzo polecamy to miejsce. Co prawda dalej nikt nie mówił po angielsku, ale z właścicielem dogadywaliśmy się po swojemu (tj. my po swojemu i on po swojemu), a jedna z kucharek swobodnie porozumiewała się po polsku, ponieważ, gdy była dzieckiem, w jej domu był dostęp tylko do polskich programów telewizyjnych. Co więcej posiłki przygotowywali nam na zamówienie, tj. zamówiliśmy łosia i wróciliśmy zjeść go po 4 godzinach przygotowań (żubrzyny już nie było).

Swoją drogą zaskoczyło nas, że w wielu miejscach w menu widzieliśmy potrawy z żubra, ale później okazało się, że w rzeczywistości są bardzo rzadko dostępne. Wiele wyjaśniło się, gdy dowiedzieliśmy się, że głównymi gośćmi takich miejsc są myśliwi z Europy Zachodniej (my akurat spotkaliśmy grupę Francuzów). Pokój był tani i bardzo ładny, a dodatkowo oprowadzono nas po drugim, bardziej zabytkowym dworku. Czuliśmy się tam bardzo mile widziani i ugoszczeni, chociaż szczerze trzeba dodać, że we wsi i jej okolicy nie ma zupełnie niczego do roboty – poza korzystaniem z samej puszczy oczywiście.

Ostatni dzień na Białorusi to powrót do Białowieży. Staraliśmy się jechać inną drogą, niż tam dotarliśmy, aby zobaczyć jak najwięcej – chociaż faktem jest, że tak czy inaczej ogląda się głównie drzewa. W jednej z mijanych wsi napotkaliśmy rząd dzikich jabłoni tuż przy drodze – niestety owoce były bardzo kwaśne (co oczywiście nie powstrzymało nas przed degustacją). Tym razem mijało nas więcej pojazdów mechanicznych – w okolicy miały miejsce wycinki drzew, więc było nawet kilka ciężarówek. Co ciekawe na kilkukilometrowym odcinku przez środek lasu ruch odbywa się wahadłowo, ponieważ droga jest zbyt wąska, aby dwa samochody mogły się minąć.

Droga powrotna do Białowieży (ścięte drzewo z oznaczeniem szlaku to już po naszej stronie granicy…)

Końcówka naszej trasy do granicy to szlak carski, na którym można zobaczyć kilka zabytkowych mostków z czasów… cóż, carskich. Niedaleko przejścia granicznego znajduje się też skansen, ale my już go nie zwiedzaliśmy. Przy przekraczaniu granicy do Polski byliśmy znacznie dokładniej kontrolowani, czy aby przypadkiem nie wwozimy produktów pochodzenia zwierzęcego, ponieważ na wschodzie panuje afrykański pomór świń – niegroźny dla człowieka, ale wyniszczający bydło. Poza tym przetrzymali nas trochę dłużej, gdyż akurat ktoś przechodził w drugą stronę, a najwyraźniej nikt tutaj nie słyszał o obsłudze full-duplex.

Ostatni etap naszej wycieczki – już w Polsce – to całodniowy wypad na północ, nad Zalew Siemianówka. Szlaki rowerowe po naszej stronie granicy niestety nie były tak przyjemne – często podłoże było żużlowe, a ruch samochodów dużo większy. Na początku zjechaliśmy z takiej drogi na szlak pieszy, biegnący skrajem parku narodowego wzdłuż nieużywanych torów z czasów II Wojny Światowej. Okazało się to błędem, ponieważ ścieżka też od dawna nie była używana, więc nie dość że wąska, to jeszcze zarośnięta pokrzywami i zawalona pniakami. Tej trasy nie polecamy nawet pieszym.

Następny etap do bardzo malowniczy czarny szlak edukacyjny biegnący przez północną część Białowieskiego Parku Narodowego. Znajduje się przy nim kilka punktów obserwacyjnych, w tym bardzo wysoka wieża, ale w pełnym słońcu nie było za bardzo czego obserwować. Kawałek dalej natknęliśmy się na ładnie zachowany zabytkowy dworzec kolejowy w samym środku lasu (łącznie z odrestaurowaną lokomotywą i wagonami) oraz kilku turystów, którzy koniecznie chcieli nam pokazać zdjęcie kupy żubra…

Szlaki w okolicach Zalewu Siemianówka

Po opuszczeniu puszczy przejechaliśmy przez kilka wiosek wyglądających na znacznie bardziej zadbane niż białoruskie, po czym wreszcie dojechaliśmy nad wodę. Przez środek zalewu biegnie nasyp kolejowy prowadzący to takiegoż przejścia granicznego w Brzezinie – wygląda całkiem ciekawie, chociaż w teorii jest tam zakaz wstępu.

Wracając z Siemianówki jechaliśmy w większości szlakiem Green Velo, który – z niezrozumiałych dla mnie powodów – wiedzie tutaj drogami asfaltowymi, podczas gdy inne, tradycyjne trasy rowerowe poprowadzone są znacznie przyjemniejszymi drogami leśnymi. Na plus natomiast należy zaliczyć jego nowoczesne i dokładne oznakowanie oraz miejsca odpoczynku z toaletami.

To w zasadzie tyle, jeśli chodzi o wycieczki rowerowe. W sumie przepedałowaliśmy ponad 300 km w ślicznej okolicy i stwierdziliśmy, że taka forma wypoczynku również bardzo nam odpowiada. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Kazimierz Dolny, który jednak w naszym mniemaniu jest przereklamowany, więc nie będę się o nim rozpisywał – najbardziej podobał nam się tam Wąwóz Korzeniowy, który wiele osób pomija będąc w okolicy. Puszczę Białowieską polecam za to każdemu, kto preferuje aktywne spędzanie czasu, a jeśli jesteście w stanie przejechać te 50+ km dziennie, to koniecznie wybierzcie się na Białoruś, najlepiej do Żarkowszczyzny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.