Puszcza Białowieska, czyli rowerem po lesie pierwotnym

Do tej pory opisywałem wojaże zagraniczne, ale nie chciałbym, aby mówiono, że „cudze chwalimy, a swego nie znamy”, więc tym razem będzie coś z naszego podwórka. We wrześniu 2016 wybraliśmy się z rowerami do Puszczy Białowieskiej (z przystankiem w Warszawie, a w drodze powrotnej w okolicach Kazimierza Dolnego). Spędziliśmy tam tydzień, w tym 3 dni na Białorusi. Ta wycieczka była zupełnie inna od pozostałych opisanych na tym blogu – mniej zwiedzania, a więcej natury.

Białowieża to mała mieścina – kilka hoteli na krzyż, a do tego sporo kwater prywatnych. Okazała się zaskakująco mało oblegana – być może we wrześniu sezon dla tego rejonu się kończy, chociaż to zaskakujące, ponieważ pogoda była znakomita. Zanim tam dojechaliśmy, natknęliśmy się jednak na zupełnie niespodziewaną atrakcję (mniej więcej w połowie drogi z Warszawy): hodowlę alpak! Przejeżdżając przez wieś Bujenka minęliśmy tablicę z ich zdjęciem. Szybki proces analityczny doprowadził nas do wniosku, że taka reklama nie ma tutaj większego sensu, o ile to miejsce nie znajduje się bardzo blisko, więc sprawdziliśmy szybko w Internecie i zawróciliśmy, aby je zobaczyć.

Alpaki w Bujence

Okazało się, że hodowla działa dopiero od niedawna i póki co nie ma zbyt wielu klientów, ale właściciele chętnie po niej oprowadzają. Zwiedzanie, głaskanie i fotografowanie jest darmowe, natomiast obok działa sklepik, w którym można kupić różne tematyczne pamiątki, w tym wełnę alpak. Polecamy to miejsce, jeśli znajdziecie się kiedyś w okolicy – na pewno warto poznać z bliska te zabawne zwierzęta, zresztą spójrzcie na zdjęcia! Co ciekawe, niedługo będzie można tam również zostać na kilka dni i się nimi zajmować – taka trochę bardziej egzotyczna wersja agroturystyki.

Wróćmy jednak do żubrów. Zaspojleruję Wam tutaj trochę pisząc, że nie spotkaliśmy żadnych dzikich żubrów, ale odwiedziliśmy ich rezerwat. W sumie to nawet chyba dobrze, bo żubry są wielkie i mogą być niebezpieczne, jeśli nieopacznie (bądź celowo) wkroczycie na ich teren. Rowerami pewnie byśmy uciekli, ale lepiej nie kusić losu. Rezerwat Pokazowy Żubrów znajduje się tuż przy Białowieży (a drugi podobny przy białoruskiej wsi Kamieniuki) i oprócz gości tytułowych są tam też żubronie (krzyżówka z krową/bykiem), dziki, wilki, jelenie i kilka innych gatunków zwierząt występujących w puszczy.

Żubroń i żubr

Sama okolica ma bardzo dobrze pooznaczane szlaki – zarówno piesze, jak i rowerowe. Przebiega tamtędy również nowy najdłuższy polski szlak – Green Velo; w mojej opinii można go jednak było poprowadzić ciekawszymi drogami. Obecnie biegnie często asfaltem – i to bez pobocza – gdzie wyprzedzają nas ciężarówki. Sam Białowieski Park Narodowy (część puszczy) jest zamknięty dla zwiedzających – z trzema wyjątkami: po pierwsze należy do niego Park Pałacowy w Białowieży, który jest otwarty dla każdego (znajduje się w nim nawet hotel z muzeum), po drugie jego południową część można zwiedzać z przewodnikiem (miejsca w grupie trzeba rezerwować z wyprzedzeniem), a po trzecie północnym skrajem biegnie czarny szlak, z którego nie wolno oczywiście zbaczać (w zasadzie wyłącznie dla pieszych, ale nawet przewodnik sugerował, że rowerami można spokojnie przejechać).

Przed przyjazdem zaplanowaliśmy z grubsza, gdzie chcielibyśmy się wybrać, ale dopiero na miejscu w punkcie informacji PTTK dostaliśmy szczegółową mapę i wypytaliśmy, gdzie warto pojechać. Pierwszego wieczora zwiedziliśmy Park Pałacowy – bardzo ładne miejsce, do którego zostało dawno temu sprowadzonych ponad 200 (!) gatunków drzew – myślę, że jeszcze przyjemniej jest tam wiosną, kiedy wiele z nich zakwita.

Białowieża

Następnego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie obszaru ścisłej ochrony w Parku Narodowym – przewodnik prowadził kilkanaście osób, a na ścieżkach od czasu do czasu spotykaliśmy też inne niewielkie grupy turystów. Obszar lasu pierwotnego wygląda naprawdę imponująco – ogromne, stare drzewa, ale także ziemia, na której leży pełno pni i konarów, które z jakiegoś powodu upadły i stały się naturalnym nawozem dla kolejnych pokoleń. Człowiek tam w ogóle nie ingeruje, z wyjątkiem usuwania przeszkód z dróg przeciwpożarowych (i gaszenia ognia oczywiście). Wycieczka trwała kilka godzin i w jej trakcie przewodnik skupiał się na opowiadaniu o florze i faunie, którą napotykaliśmy po drodze, a także o historii samego parku i całej puszczy. Pokazał nam również przykłady działalności korników (w tym drukarza), ale pomimo bycia ekspertem nie zamierzał zajmować stanowiska w gorącym ostatnio temacie wycinki drzew dla ochrony reszty lasu – najwyraźniej odpowiedź nie jest jednoznaczna, a mieszać w politykę się nie chciał.

Wieczorem pojechaliśmy rowerami do Hajnówki, gdzie złapał nas deszcz. Nie jest to zbyt ciekawa miejscowość, co najwyżej można zobaczyć kilka cerkwi i zjeść taniej niż w Białowieży. Jako że postanowiliśmy przeczekać najgorszą ulewę, do pokoju wracaliśmy już po zmroku. Po drodze podjechaliśmy do „miejsca mocy”, które w praktyce jest zbiorowiskiem kamieni i po ciemku nie stanowi zbyt wielkiej atrakcji, ponieważ nic nie widać (wieża obserwacyjna nie była szczególnie przydatna). W dodatku nawet mając dobre lampki, po lesie w tych godzinach trzeba jeździć ostrożniej – jest większa szansa na spotkanie na swojej drodze dzikich zwierząt, podstępnych gałęzi i niewidzialnych korzeni (chociaż tych ostatnich więcej jest późną jesienią i wczesną wiosną, gdy na szlakach zalegają upadłe liście).

Białowieski Park Narodowy, w tym efekt działania kornika oraz upadły w 1974 Dąb Jagiełły

Kolejnego ranka wybraliśmy się na Białoruś. Do tej wycieczki trzeba przygotować się z wyprzedzeniem – co prawda wiza nie jest wymagana na pieszo-rowerowym przejściu granicznym w Grudkach, ale trzeba sobie wcześniej załatwić 3-dniową przepustkę. W okolicach Grodna funkcjonuje podobny system, także zwiedzanie tego specyficznego kraju jest teraz łatwiejsze niż kiedyś – a przynajmniej w okolicy polskiej granicy.

Do przepustki dostaliśmy mapę, która pokazywała, dokąd nie możemy się udać (na miejscu też zresztą stały znaki ograniczające teren dostępny bez wizy). Dokładniejsze mapy itp. można dostać w punkcie turystycznym tuż za przejściem, ale młoda dziewczyna tam pracująca nie mówiła ani po polsku, ani po angielsku, więc się nie dogadaliśmy.

Pierwszym przystankiem była białoruska siedziba Dziadka Mroza – czyli odpowiednik fińskiego Rovaniemi. Miejsce jest równie skomercjalizowane i raczej typowo przeznaczone dla dzieci (w przeciwieństwie do chaty Mikołaja, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie). Plusem jest fakt, że jest to teren w środku puszczy, a nie przy głównej drodze jak w Finlandii.

Okolice Kamieniuk – siedziba Dziadka Mroza, rezerwat i cerkiew

W ogóle teren dostępny do zwiedzania na przepustce ma duże ograniczenia dla ruchu samochodowego, więc rowerem jeździ się tam bardzo bezpiecznie (i wygodnie, bo drogi są asfaltowe). Z przejścia granicznego do Kamieniuk można się również dostać busem, który podjeżdża rano po chętnych turystów. Zarówno przepustkę, transport, jak i noclegi można załatwić przez Internet. Niestety system jest trochę upośledzony i musiałem później sprostować kilka rzeczy telefonicznie, ale i tak Białorusini mają plusa za dobre chęci.

Sama wieś z miejscami noclegowymi znajduje się ok. 35 km od przejścia granicznego. Przy wjeździe znajduje się rezerwat, do którego swobodnie można dostać się od strony głównej drogi. Dopiero cały przejechaliśmy, okazało się, że na rogu najbliższym Kamieniukom znajdują się budki z biletami… ale i tak były tego dnia zamknięte. W porównaniu do polskiej wersji zwierzęta mają tutaj więcej miejsca i wybiegi wyglądają bardziej naturalnie, ale w Białowieży i tak jest lepiej niż w normalnych zoo.

Poza rezerwatem niewiele się tutaj znajduje – 4 hotele, 2 restauracje i 1 cerkiew. Z głównej ulicy nie można zjeżdżać, ponieważ przy wjazdach na drogi poboczne stoją znaki informujące o granicy strefy przepustkowej. Szarpnęliśmy się na tę droższą jadłodajnię (obie były całkiem puste) – i o ile miejsce było bardzo ładne, a jedzenie (łoś) relatywnie tanie i smaczne, to cały efekt psuły drobne szczegóły – obsługiwała nas młoda kelnerka nie mówiąca po angielsku ani po polsku, a karta dań wypisana była cyrylicą i bez zdjęć – na szczęście Asia czyta bukwy, a ja z kolei byłem w stanie domyślać się, co oznacza dana nazwa – idealna współpraca. Tym razem spróbowaliśmy dziczyzny, a następnego dnia w hotelu – pierogów z jeleniną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.