Pekin II, czyli dlaczego zdecydowanie warto odwiedzić Chiny! cz. 3/3

Po wizycie na Wielkim Murze, czyli jednej wielkiej atrakcji, na ostatni pełny dzień spędzony w stolicy Chin zaplanowałem cały zestaw pomniejszych celów, przy czym raczej pewne było, że nie zaliczę wszystkich. Zresztą nie o to w życiu chodzi, żeby zobaczyć i dotknąć wszystkiego – tego zwyczajnie nie da się zrobić. Czasami lepiej usiąść, odpocząć i podelektować się tym, co akurat mamy przed oczami.

Głównym celem tego dnia były dwa pałace letnie chińskich dynastii cesarskich – nowy oraz stary. Nazwa „pałac” może być jednak myląca, gdyż zwiedza się przede wszystkich ogrody ze świątyniami, posągami i malowniczymi kanałami – w niczym nie przypomina to np. Wersalu. Z punktu widzenia turystyki ten pierwszy jest dużo popularniejszy i lepiej zachowany, co oczywiście wiąże się z tym, że jest bardziej zatłoczony. Zajmuje sporą powierzchnię, a część znajduje się na wzgórzach, więc nie jest to łatwy spacer. Obok Zakazanego Miasta i Wielkiego Muru jest to główna atrakcja turystyczna w tym rejonie.

Przed wejściem do „nowego” Pałacu Letniego kupiłem sobie mapę jego terenów – polecam, bo inaczej ciężko się tam odnaleźć. Zgodnie z przewidywaniami przy wejściu i na głównych szlakach napotykałem co i rusz duże zorganizowane grupy zwiedzających, więc starałem się przejść jak najszybciej w mniej uczęszczane rejony. Również tutaj spotykałem ludzi praktykujących Tai Chi od samego rana – bardzo nietypowy widok wśród rzeszy turystów.

Teren ogrodów jest pofałdowany, a część atrakcji znajduje się na wysokich wzgórzach. To, czego nie mówią przy wejściu, to fakt, że do niektórych świątyń można dostać się tylko przez jedno wejście znajdujące się na dole – trzeba się wspiąć po licznych schodach. Ja chciałem tam się dostać od góry i napotkałem mur…

„Nowy” Pałac Letni 1 (w tym najwyraźniej bardzo słynny ptak i buntowniczy Chińczycy)

Tak czy inaczej budowle to tylko jeden element, a drugim jest roślinność – po kilkunastu minutach trafiłem w miejsca, gdzie było znacznie mniej ludzi, wokół płynęły strumyki, ptaszki ćwierkały, owady bzykały itd. Świetne miejsce na odpoczynek, tylko że akurat nie byłem zmęczony…

W jednym z takich miejsc spotkałem chińską wielopokoleniową rodzinę jedzącą śniadanie przy sporym stole. Poprosili mnie o zrobienie zdjęcia, a chwilę później zaprosili do wspólnego posiłku. Jedna osoba znała angielski, więc nawet udało nam się porozmawiać. Spędziłem z nimi około godziny, poznając przy okazji kilka podstawowych zwrotów w ich języku. Nestor rodziny też kiedyś uczył się angielskiego w szkole (na oko z 50 lat temu) i koniecznie chciał się włączyć do rozmowy, co było bardzo miłe, aczkolwiek nie dogadywaliśmy się za bardzo. Doceniam jednak otwartość – próbował pomimo świadomości, że bardzo słabo zna język.

„Nowy” Pałac Letni 2 (w tym betonowy statek, Tai Chi i śniadanie)

Kolejnym punktem był Stary Pałac Letni oddalony o kilka kilometrów, co dało mi okazję do skorzystania w autobusu miejskiego w Pekinie. Co ciekawe w każdym z nich zamiast automatów siedzą pracownicy sprzedający bilety. Pewnie wychodzi taniej, biorąc pod uwagę fakt, że w stolicy Chin mieszka 20 milionów ludzi.

Stary Pałac Letni bardzo różni się od nowszego – przypomina pola z resztkami starożytnych zabytków w Grecji czy w Turcji – w wielu miejscach pozostały jedynie fundamenty. Zaletą jest jednak znacznie mniejsza liczba turystów na większym terenie, dzięki czemu można przez cały dzień spacerować w parku poprzecinanym strumieniami i nie napotkać zbyt wielu ludzi. Można też zabłądzić, szukając mostków przez wspomniane strumienie, co również wypróbowałem.

Mosty w Starym Pałacu Letnim

Na resztę dnia zostawiłem sobie kilka świątyń. Prawdopodobnie najważniejsza z nich to Świątynia Niebiańskiego Spokoju, która znajdowała się kilometr od mojego hostelu, ale jakoś nigdy nie było mi do niej po drodze. Po przerwie w starym Pałacu Letnim znów wpadłem tam w towarzystwo zorganizowanych grup turystów. Szczerze mówiąc, park wokół świątyni, jak i sama budowla, nie są szczególnie imponujące. Możliwe jednak, że gdybym od tego punktu zaczął moje zwiedzanie, to wrażenia byłyby inne.

Cały teren parku jest ogrodzony murem, co też nie robi najlepszego wrażenia. Co ciekawe było to jedyne miejsce, gdzie spotkałem Polaków – młodą parę podróżującą po Azji Południowo-Wschodniej. Najchętniej napisałbym, jak to miejsce ma się do Świątyń Lamy i Konfucjusza, ale niestety w tych dwóch pocałowałem klamkę – dotarłem do nich tuż po zamknięciu. Przynajmniej wiem od czego zacząć przy kolejnej wizycie.

Świątynia Niebiańskiego Spokoju i okolice

Jako że o 16 zamykano większość atrakcji, miałem trochę czasu, aby zwyczajnie poszwędać się po okolicy. Tym razem odwiedziłem Park Ditan ze Świątynią Ziemi, która niestety była w remoncie. Spotkałem tam jednak pewnego inżyniera, z którym też sporo sobie pogadaliśmy. Okazało się, że – według jego słów – dwa miesiące wcześniej opatentował usprawnienie zwiększające efektywność silników spalinowych, za co zebrał jakieś nagrody, robili z nim wywiady itd. Fajnie by było, gdyby dostał Nobla albo coś, bo mam z nim zdjęcie.

Wieczorem wybrałem się do Parku Olimpijskiego. Wahałem się nad tą wycieczką, ponieważ wydawało mi się, że nic ciekawego tam nie znajdę – ładny stadion i pływalnia, ale poza tym niewiele. Bardzo się pomyliłem i cieszę się, że miejscowi namówili mnie do odwiedzenia tego miejsca.

Park Olimpijski

Architektonicznie może nie jest to perełka – ot długi i szeroki zabetonowany korytarz przecinający ulice. Okazało się jednak, że wieczorami zamienia się on w centrum kulturalne miasta. Tutaj spotkałem największe zagęszczenie grup mniej lub bardziej spontanicznie spędzających razem czas – głównie ćwicząc (nie tylko bieganie czy aerobik, ale też np. skakanie na skakance i puszczanie latawców), śpiewając (zarówno karaoke, jak i chór) i tańcząc (towarzysko, tradycyjnie oraz nowocześnie). Na alei o długości kilku kilometrów takich grup było multum. Polecam odwiedzenie tego miejsca, zwłaszcza że wieczorami większość innych atrakcji jest pozamykana.

Tam też najwięcej osób chciało sobie ze mną robić zdjęcia. Oczywiście chętnie pozowałem, bo skoro ja traktuję ich jako coś ciekawego i robię im fotki, to nie powinienem odmawiać, gdy oni proszą o to samo. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć, które zrobiłem sobie z miejscowymi (zawsze z ich inicjatywy). Możecie spróbować dopasować ich do opisanych wcześniej miejsc i historii – jestem ciekaw, jak wielu prawidłowo rozpoznacie.

Ludzie

Na tym skończyła się moja przygoda w Pekinie. Powrót był spokojny i pozbawiony przygód, więc nie będę się nad nim rozwodził. Stolica Chin jest pięknym miastem o ciekawej architekturze i jeszcze ciekawszych ludziach. Niestety obecnie smog zabiera trochę przyjemności z jego zwiedzania (i nie pozostaje bez wpływu na jakość zdjęć). Każdemu, kto będzie miał taką możliwość, polecam jednak spędzenie tam przynajmniej kilku dni. Nie pożałujecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.