Pekin II, czyli dlaczego zdecydowanie warto odwiedzić Chiny! cz. 2/3

Czas na kolejny krok w kierunku zamknięcia relacji z Chin. Co prawda ten sam plan miałem rozpoczynając poprzedni wpis, ale tym razem wydaje się to bardziej prawdopodobne – zostały mi tylko dwa dni, chociaż pełne atrakcji. Niektóre z nich były zaplanowane, a inne zaskoczyły nawet mnie.

Rozpocznę od opisania wyprawy na Wielki Mur, która była najbardziej logistycznie skomplikowanym elementem mojej wizyty w Azji (a przynajmniej byłaby, gdyby nie nieprzewidziane trudności z przedostaniem się z Pekinu do Hangzhou, dzięki czemu pierwszy etap stał się silnym pretendentem do tego zaszczytnego tytułu). Słowem wstępu zaznaczę tylko, że Wielki Mur można zwiedzać w wielu przeznaczonych do tego lokalizacjach (i zapewne w jeszcze większej liczbie nieprzeznaczonych). Najbardziej turystyczną i najłatwiejszą do zorganizowania jest wycieczka do Badaling, więc oczywiście jej nie wybrałem, bo to byłoby za proste. Na drugim końcu skali znajdują się punkty, do których w ogóle nie można dostać się bez wynajęcia miejscowego kierowcy. Ja wybrałem rozwiązanie pośrednie.

Do Mutianyu można dostać się dwoma sposobami: wynajętą taksówką (polecane dla grup) albo komunikacją publiczną. O ile transport publiczny w Pekinie jest godny zaufania i zaktualizowany w Internecie, o tyle im dalej od dużego miasta, tym gorzej. Przed wyjazdem do Chin wyczytałem na forach wiele sprzecznych informacji dotyczących tego, czy dany autobus dojeżdża bezpośrednio na miejsce, czy trzeba się przesiąść, czy może nie jeździ wcale. Zaufałem scenariuszowi, który najczęściej się powtarzał, czyli podróż dwoma autobusami z przesiadką w Huairou.

Oczywiście dla turystów nic nie jest tak łatwe, jak się wydaje – na trasie napotkałem wszystkie kategorie naciągaczy wymieniane w Internecie. Pierwsza z nich atakuje już na dworcu autobusowym w Pekinie, sugerując, że autobus 916 wcale nie jedzie tam, gdzie planuję się dostać, i kierując mnie na inny. Gdybym uwierzył, to na końcu trasy rzeczywiście czekałby na mnie taksówkarz gotowy zabrać mnie na Wielki Mur – oczywiście nadłożyłbym w ten sposób mnóstwo czasu i jeszcze więcej kasy. Naciągacze ubrani są w sposób, który sugeruje, że należą do obsługi dworca, a ich wypowiedzi są całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że część autobusów rzeczywiście nie jeździ tam, gdzie powinna (albo wcale) według informacji z Internetu (np. 867 i 936, które miały zabrać mnie bezpośrednio do Mutianyu, ale jednak nie istniały).

Autobusy dalekobieżne
Autobusy dalekobieżne

Co ciekawe Chinka miała na szyi malutki wisiorek przedstawiający Buddę, który zwrócił moją uwagę – wytłumaczenie tego wymaga drobnej dygresji. Dzień wcześniej, gdy wracałem to hostelu, zagadał do mnie pewien Chińczyk – podawał się za turystę i sporo rozmawialiśmy o zwiedzaniu miasta. Na koniec zapytał, czy nie chcę wybrać się na pokaz tradycyjnej chińskiej procedury parzenia herbaty, ponieważ dzisiaj jest ostatni dzień festiwalu o tej tematyce. Jako że w hostelu ostrzegali mnie dokładnie przed takimi zaproszeniami, podziękowałem i poszedłem (co ciekawe – nie nalegał). Pewnie bym o tym zapomniał, gdyby nie fakt, że miał identyczny wisiorek. Trochę jak sekta, może miejscowi tak ich rozpoznają?

Wracając do podróży na Mur – drugim wyzwaniem na dworcu było rozróżnienie zwykłej wersji autobusu 916 od ekspresu – były oznaczone podobnymi szlaczkami, ale domyśliłem się po strukturze demograficznej kolejki, który z nich jedzie w kierunku Wielkiego Muru. Sam pojazd był całkiem nowoczesny, chociaż trochę przeludniony (jak wszystko w Azji).

Po wjeździe do Huairou nastąpiła część najtrudniejsza – wytrzymać w autobusie wystarczająco długo, aby trafić w miejsce, w którym można przesiąść się na kolejny. Było to problematyczne z dwóch powodów: po pierwsze większość turystów – również lokalnych – wysiadała, gdzie popadnie i przesiadała się na taksówki. Na każdym przystanku do pojazdu wsiadali naciągacze aktywnie do tego zachęcający. Co więcej przystanek rzeczywistej przesiadki nie był nawet oznaczony – po wyjściu należało przejść na drugą stronę ulicy i zignorować taksówkarzy, którzy próbowali mnie przekonać, że tu nie ma żadnego przystanku i w zasadzie to autobusy nie istnieją. Na szczęście lokalny busik przyjechał po chwili i pół godziny później trafiłem na miejsce (byłem jedynym wysiadającym).

Sukces!
Sukces!

Na sam Wielki Mur można się w tym miejscu dostać na trzy sposoby: kolejką linową, wyciągiem krzesełkowym lub schodami. Wybrałem schody, czego zdecydowanie nie polecam, ponieważ na samym murze w Mutianyu jest ich wystarczająco wiele. Co ciekawe ta atrakcja to jedyne miejsce, gdzie jest więcej zagranicznych turystów niż miejscowych – bardzo popularny cel wycieczek Amerykanów, ale nie tylko. Ja część muru zwiedziłem razem z grupą młodych Belgów, którzy zresztą zachęcili mnie do przekroczenia bariery pomiędzy odnowioną a bardziej dziką częścią zabytku. Ciężko opisać wrażenia z samego łażenia po Wielkim Murze, ale zdecydowanie warto – dla mnie to była najważniejsza część wycieczki pod kątem zabytków.

Różnice wysokości są raczej spore
Różnice wysokości są raczej spore

Na Wielkim Murze stoi kilka mini straganów (również na „zamkniętej” dla turystów części), więc można zaopatrzyć się w wodę, ale trzeba pamiętać, że na całym odcinku kilkunastu kilometrów schodów są tylko dwie oficjalne toalety. No i ważna uwaga: jak dojdziesz do końca, to musisz wrócić tą samą drogą, nie ma za bardzo skrótów, a schodzenie jest bardziej obciążające dla kolan niż wchodzenie.

Zamknięta część muru jest bardziej zarośnięta i mniej uczęszczana
Zamknięta część muru jest bardziej zarośnięta i mniej uczęszczana

Z muru można się wydostać na 3 sposoby (nie licząc skakania): kolejką linową, schodami albo… ślizgawką! Ten ostatni element to prawdziwy powód, dla którego wybrałem Mutianyu – wyjątkowy zjazd w liczącej 1,5km długości rynnie (no i jeszcze fakt, że jest tam znacznie mniej turystów niż w Badaling). Świetny sposób na zwieńczenie 2-3 godzinnego spaceru.

Zjazd z Wielkiego Muru
Zjazd z Wielkiego Muru

Powrót do Pekinu wyglądał tak samo, jak podróż na mur, tylko odwrotnie – nie ma co nad nim się rozwodzić. Resztę dnia spędziłem chodząc losowo po mieście, trafiając w ten sposób między innymi do dwóch kolejnych parków pełnych życia. Chińczycy wieczorami spędzają mnóstwo czasu na świeżym powietrzu, o czym napiszę więcej w relacji z ostatniego dnia. W tym przypadku największe wrażenie zrobili na mnie starsi ludzie, ćwiczący na równi z młodymi.

Aktywności w parkach
Pekińskie parki

Po raz kolejny zapraszali mnie do wspólnych aktywności – tym razem dałem się skusić na chiński odpowiednik zośki, czyli jianzi. Do wyboru było jeszcze Tai Chi, karaoke, tańce i inne ćwiczenia. Każdego dnia parki były pełne życia, szczególnie po zachodzie słońca – Chińczycy dbają o ciało i o ducha.

Jako że tego dnia nie jadłem za wiele, po powrocie do hostelu postanowiłem spróbować kaczki po pekińsku. Dzień wcześniej upatrzyłem sobie knajpkę nieopodal – mały rodzinny biznes prowadzony zdecydowanie bez presji Sanepidu. Przyciągnęła mnie do nich szczera chęć porozumienia pomimo braku znajomości angielskiego… i obrazki w menu. Może nie było to danie najwyższych lotów, ale po całym dniu spędzonym na spacerach smakowało jak w najlepszej restauracji!

Kaczka przed i kaczka po
Kaczka przed i kaczka po

Tak zakończył się mój przedostatni dzień w Pekinie.  Pierwszego dnia zwiedziłem ścisłe centrum, drugiego odległy Wielki Mur, więc na trzeci pozostały mniejsze i większe atrakcje rozsypane po mieście, a możecie mi uwierzyć – jest ich wiele. Wbrew wcześniejszym planom zostanie on przedstawione w osobnym wpisie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.