Pekin I, czyli dlaczego nie warto jechać do Chin?

Dwa poprzednie dni nie były najlepsze. Najpierw 5h za kółkiem podczas powrotu w nocy z Wrocławia (z super koncertu Davida Gilmoura, ale on się liczy jako dzień wcześniejszy), 6h snu, a następnie 10h niespokojnego lotu. Po kolejnych 5h spędzonych na lotnisku w Pekinie jako zombie dowiedziałem się, że mój lot do Hangzhou został odwołany i następny wyznaczyli mi na dzisiaj na 8:20. W kolejce spotkałem Izraelczyka i Palestyńczyka, którzy rozmawiali ze sobą jak ludzie i wydatnie wspomogli mnie w komunikacji z panią sprzedającą bilety (obaj mówią po chińsku). Na szczęście udało się też zarezerwować hotel, tylko obsługa słabo mówiła po angielsku i w rezultacie skończyłem bez śniadania. Mówi się trudno. Dzisiejszy dzień był inny… i to bardziej.

20160628_065623
Wystrój hotelu był specyficzny…

O 6 rano zalogowałem się na stronę linii lotniczych i zobaczyłem, że lot o 8:20 jest odwołany. Zadzwoniłem na infolinię i o dziwo udało mi się dogadać – przełożyłem rezerwację na 9. Co prawda mieli jeszcze oddzwonić z potwierdzeniem, ale nie miałem już czasu, więc zebrałem się na lotnisko. W okienku Check-in okazało się, że jednak nie mam rezerwacji na 9:00 i skierowali mnie do okienka Ticket Office.

20160628_065655
…bardzo

Czekałem godzinę w kolejce, w międzyczasie samolot o 9 odleciał (i dotarł do celu). Ja zostałem przesunięty na lot o 17:15 (czyli 24h po oryginalnym locie). Około 10 zauważyłem, że i ten jest odwołany. Tym razem kolejka była krótka i przesunęli mnie na 21:55 (nie dowiedziałem się, dlaczego nie na 19:05 – chłopak w okienku nie mówił za bardzo po angielsku). Tak sobie wtedy pomyślałem, że może jednak pociąg będzie lepszym pomysłem – pogoda może nie poprawić się za szybko, zwłaszcza że wszystko było z nią w porządku.

Znalazłem stronę, na której można rezerwować bilety pociągowe i wszystko pięknie – kilkaset wolnych biletów na dzisiaj, a pociągi jeżdżą co godzinę i pokonują dystans 1200km w 6h. No ale na wszelki wypadek zadzwoniłem do agencji organizującej mi loty i hotele, żeby się upewnić, jak powinienem to załatwić (podróż służbowa rządzi się swoimi prawami). Tam pani mówiła po angielsku, ale jakość połączenia była fatalna. Okazało się, że nie rezerwują pociągów, więc muszę to zrobić sam, ale wpierw muszę się upewnić, że linie lotnicze nie anulują mi pozostałych lotów (powrotnych), jeśli nie pojawię się na bieżącym, ponieważ to jest standardowa procedura. Poszedłem więc znowu do Ticket Office (sprytnie stanąłem do innego okienka licząc na przynajmniej cień zrozumienia).

Pół godziny później pani w okienku wydukała, że jak chcę refundację, to muszę pogadać z managerem zmiany. Cóż, nawet nie pytałem o refundację, ale to był temat pokrewny do mojego, więc stanąłem do kolejnej kolejki.

Pół godziny później manager zmiany nie do końca mnie zrozumiał, ale jakiś dobry Azjata, który wcześniej próbował się wepchnąć przede mnie w kolejkę, był w stanie mi pomóc. A może jednak wcale nie próbował – oni mają bardzo małą strefę osobistą (podobno wszystko mają małe), więc w kolejce stają za mną, po bokach i nawet przede mną, ocierając się co i rusz o plecak i/lub walizkę, ale kolejność przy okienku pozostaje z grubsza zachowana.

Wracając do managera zmiany – zrozumiał wreszcie, co mam na myśli, gdy wyłożono mu to po chińsku i radośnie skierował mnie do Ticket Office w innym terminalu, przy okazji wypełniając jakiś chiński druczek niewiadomego przeznaczenia. Prawdopodobnie rozpoznał też, że lubię zagadki, więc skierował mnie do „Airline office”, a nie „Ticket office”. Na karteczce zapisał liczbę 16 jako wskazówkę. Poszedłem więc ponownie do terminala 2 i rozpocząłem poszukiwania.

Lotnisko w Pekinie 1
Mijałem to miejsce co najmniej 5 razy

Znalazłem drogowskaz „Airlines offices” i już za drugim razem trafiłem. Przede mną była tablica z oznaczeniami – była na niej liczba 16, ale przypisana do innej linii lotniczej. Mojej linii był przypisany szczęśliwy numerek 36. Nie był to jednak większy problem, gdyż na domofonie i tak nie było żadnej z tych liczb (domofon wyglądał mniej więcej tak: A13, A15, A28, A5, A81, A9, B1, B121 itd. aż do Cxxx). Trochę się tam pokręciłem, przy okazji głód zaczął dawać znać o sobie – drożdżówka zjedzona 6h wcześniej najwyraźniej już się strawiła. W końcu jakaś pani się nade mną zlitowała i wpuściła mnie na chwilę do środka – po chwili dowiedziała się jednak, że szukam w złym miejscu i mam iść na dół do Ticket Office.

Jako że było mi już wszystko jedno, poszedłem na dół. Kolejka tym razem była krótka, ale intensywna – ludzie kłócili się tak namiętnie, że aż policja przyszła posłuchać. Nie reagowali, bo krzyczący Chińczyk wyglądał, jakby był na sterydach, więc ich rozumiem, bo oni zdecydowanie nie byli. W okienku o dziwo pani zrozumiała, o co mi chodzi! Powiedziała, że co prawda refundacji nie przyznają, bo nie, ale była w stanie wypisać mnie z jednego lotu zachowując pozostałe.

Przynajmniej lotnisko było ładne
Przynajmniej lotnisko było ładne

Była godzina 13:08, gdy ponownie radośnie chwyciłem laptopa, by zostać uderzonym w twarz przez informację, iż bilety trzeba rezerwować przez Internet z co najmniej 4 godzinnym wyprzedzeniem, a ostatni szybki pociąg odjeżdża o 16:55, więc spóźniłem się o 13 minut. Pokazywali jednak wciąż wolne miejsca, więc ruszyłem odważnie na dworzec. Miałem około godziny zapasu.

Wbrew wcześniejszym absurdom, metro w Pekinie okazało się najlepiej oznakowanym ze wszystkich przeze mnie odwiedzonych (a widziałem Londyn, Paryż, Nowy Jork, Waszyngton, Rzym, a nawet Warszawę). W dodatku podróż z lotniska była szybsza niż Google mówiło, więc miałem nawet więcej czasu na błądzenie itp. Na dworzec południowy dojechałem w zasadzie bez przygód, no może poza tym, że zgubiłem gdzieś bilet, ale pani cerberka przy bramce wyjściowej zadowoliła się potwierdzeniem zakupu, które przezornie zachowałem. Prawdopodobnie zadowoliłoby też ją wzruszenie ramion, byle tylko nie musiała mówić po angielsku. Chwilę później stanąłem sobie grzecznie w kolejce, a przede mną ukazała się wielka tablica ze spisem pociągów i wolnymi miejscami.

20160629_075158
Jakieś pytania?

Oczywiście wszystko poza cyframi było wykrzaczkowane (pewnie słynna chińska cenzura), ale pamiętając godziny odjazdu dwóch pociągów do Hangzhou byłem w stanie znaleźć interesujące mnie informacje, a nawet przerysować tę nazwę na kartkę na potrzeby nadchodzącej rozmowy ze sprzedawcą biletów. 0-0-0 przy moim pociągu było co prawda trochę niepokojące, ale nie pozwoliłem, aby zachwiało to mój nieustający optymizm… który to został skruszony pół godziny później przez sprzedawcę, który wprawdzie w systemie znalazł 1 wolne miejsce, ale z jakiegoś powodu nie mógł go wybrać, więc powiedział, że go nie ma. Poinformował mnie jednak, że są miejsca w nocnych pociągach jadących 16h, ale muszę to załatwić na głównej stacji. A przynajmniej tak mi się wydawało, że powiedział, gdyż jego chinglish był jeszcze gorszy niż zazwyczaj.

Nic to – stwierdziłem, aczkolwiek w trochę innych słowach. Pojechałem z powrotem na stację kolejową, którą minąłem godzinę wcześniej. Ta była ciekawsza, ponieważ dla odmiany nie posiadała żadnych napisów w naszym alfabecie, ale za to posiadała żołnierzy z karabinami pilnujących, żeby pociągi nie uciekły z dworca (albo może czegoś innego, trudno powiedzieć).

Dworca pilnowali panowie z karabinami - jaki kraj, tacy SOKiści
Dworca pilnowali panowie z karabinami – jaki kraj, tacy SOKiści

Standardowo stanąłem sobie radośnie do kolejki – tym razem na zewnątrz – po to tylko, aby po dojściu do okienka dowiedzieć się, że bez biletu na dworzec nie wpuszczają. Zanim zdążyłem tę informację przetrawić, panienka z okienka wskazała mi energicznie ręką, w którym kierunku powinienem pójść, aby takowy nabyć. Powtórka z rozrywki – znowu zestaw okienek i znowu tablica ze szlaczkami i zerami przy moich pociągach. Udało mi się jednak kupić bilet na jutro! I nawet jest na nim napisane Hangzhoudong, a ‘dong’ oznacza oczywiście East Train Station, jak każdy się domyślił. A przynajmniej taką mam nadzieję. Zapłaciłem gotówką, ponieważ kart nie obsługują.

Po tym jakże znaczącym sukcesie udałem się na zasłużony posiłek po 10 godzinach od śniadaniowej drożdżówki – ryż był bardzo smaczny.

Chiński fast food
Chiński fast food

Chciałem też zamówić zielonego burgera z jajkiem w McDonalds, ale się nie dogadaliśmy i dostałem zwykłego hamburgera.

Najedzony i nie zrażony padającym deszczem (lub też skroplonym smogiem), zabrałem się za zamawianie hotelu – oczywiście poprzez dwie osoby pośredniczące, ponieważ firma wyliczyła, że tak najbardziej się opłaca. Trzeba jednak przyznać, że inaczej byłoby mi ciężko w tym momencie, gdyż próba podłączenia się do darmowego internetu na dworcu zakończyła się na stronie z chińskimi znaczkami oczekującej, żebym dał coś od siebie – niestety nie wiem co, bo nikt wokół nie chciał mi pomóc.

Hotel udało się zarezerwować i całkiem sprawnie do niego trafiłem dzięki instrukcji napisanej przez koleżankę z pracy i całkiem przyzwoitemu nazewnictwu ulic (np. jeśli jesteś na ulicy coś tam East, a chcesz trafić na ulicę coś tam West, to idź na zachód; podobno też aleje są numerowane, ale tak podstępnie – po chińsku).

Zgodnie ze słowami Olka Doby, Police to najsłynniejsza gmina na świecie - nawet w Chinach ją znają!
Zgodnie ze słowami Olka Doby, Police to najsłynniejsza gmina na świecie – nawet w Chinach ją znają!

Gdy dotarłem do hotelu, uświadomiono mi, że jednak nie udało się go zarezerwować. Ale nie uświadomiono mi tego tak zwyczajnie zwyczajowym chinglishem – oznajmił mi to tłumacz chińskiego google. Okazało się, że nikt z obsługi nawet nie próbuje porozumiewać się po angielsku. Był to jednak problem drugorzędny w stosunku do braku rezerwacji. Oba problemy razem dały interesującą kombinację, gdy telefonem próbowałem wyjaśnić, że przecież mam rezerwację, tylko może niekoniecznie już widoczną u nich.

Gdy włączyłem komputer, aby im to udowodnić, po pierwsze ukazała się umierająca bateria, a po drugie strona ze szlaczkami pozwalająca na korzystanie z darmowego Wifi, gdy ktoś wie, jaki szlaczek kliknąć. Na szczęście udało się kliknąć właściwy i znalazłem nawet prąd. Nie pomogło to jednak i musiałem sam zapłacić za pokój normalną stawkę. Nie wiem, czy przysługuje mi śniadanie, gdyż byłem już zbyt zmęczony, aby pytać. W rezultacie trafiłem do pokoju po 21.

Przez 14 godzin zwiedziłem dzisiaj w Pekinie dwa hotele, jeden autobus, wszystkie trzy terminale na lotnisku, dwa główne dworce, 7 wagonów metra i 4 stacje tegoż. Do tego oczywiście zmokłem oraz nie udało mi się wypłacić z żadnego napotkanego bankomatu gotówki, więc póki co nie mam czym zapłacić za taksówkę w Hangzhou, a pewne specjalistyczne filmy pokazują, że to się źle kończy. Z „niecierpliwością” czekam na dzień jutrzejszy

Parafrazując Snatch: „Anything to declare? Yeah, don’t go to China.”

Jedna myśl do “Pekin I, czyli dlaczego nie warto jechać do Chin?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.