Nowy Jork, czyli miasto, które każdy zna

Pierwotnym celem stworzenia tego blogu było sprawozdanie z wycieczki po Stanach, także czas najwyższy się za to zabrać, nawet jeśli z ponadrocznym opóźnieniem. Oczywiście całą trasę podzielę na kilka wpisów – a ile konkretnie, to się okaże w trakcie. W związku z powyższym pojawi się zapewne więcej szczegółów i zdjęć z każdego miejsca, ale amerykańskie miasta mają tyle wyróżniających się i znanych widoków, że żal cokolwiek opuszczać (chociaż oczywiście trzeba – nie da się tutaj wrzucić 3 tysięcy fotek).

Naszą podróż rozpoczęliśmy od Nowego Jorku, chociaż nie dotarliśmy tam bezpośrednio – jako że wykupiliśmy najtańszy dostępny lot, czekały nas przesiadki w Oslo i w Helsinkach. Być może opiszę te miasta przy innej okazji, tym razem skupię się jednak na temacie, na który wszyscy czekają. Oczywiście dzisiaj – półtora roku później – w tej samej cenie można już kupić lot bezpośredni z Berlina, a to ze względu na ekspansję tanich linii lotniczych na trasy transatlantyckie.

Broadway – jedna z najdłuższych ulic na świecie

Na słynne lotnisko JFK dotarliśmy w godzinach popołudniowych – całkiem zresztą punktualnie. Sześć terminali robi niezłe wrażenie, zwłaszcza że ruch jest niesamowity. Jet-lag spowodował, że byliśmy raczej senni, ponieważ w Europie była w tym czasie północ, ale trzeba było jeszcze jakoś dotrzeć do hostelu. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zaplanował tego przed wyjazdem – wystarczyło więc tylko kupić i doładować MetroCard oraz znaleźć właściwy AirTrain (czyli kolejkę jadącą z lotniska do jednego z węzłów przesiadkowych – Jamaica).

Pomimo dwóch zmian środka transportu podróż nie była zbyt skomplikowana, niemniej widać było, że niewielu turystów korzysta z tej trasy – większość prawdopodobnie dojeżdżała do miasta taksówkami. Według mnie podróż kolejką jest ciekawsza – widoki podobne (przez większą część trasy jechaliśmy na powierzchni), ale przy tym taniej, spotyka się miejscowych i nie stoi w korkach – same plusy! Przesiadka na ruchliwej stacji metra w centrum Manhattanu też jest ciekawym przeżyciem, aczkolwiek poruszanie się po wyspie innymi środkami transportu i tak nie ma sensu, więc tego doświadczyliśmy więcej niż raz podczas naszego kilkudniowego pobytu.

Manhattan od południa

Broadway Hotel & Hostel znajduje się na Upper West Side – pomiędzy Riverside Park nad rzeką Hudson a słynnym Central Park. Do głównych atrakcji raczej trzeba dojechać metrem, ale nie trwa to długo. Było co prawda trochę zamieszania z pokojami, ale w rezultacie dostaliśmy lepszy niż rezerwowaliśmy, więc nie ma na co narzekać. Muszę też przyznać, że pomimo licznych ostrzeżeń w Internecie, przez całą podróż nie trafiliśmy na żadne pluskwy czy karaluchy, a zazwyczaj braliśmy najtańsze noclegi, jakie udało nam się znaleźć.

Pierwszy dzień w Nowym Jorku nie ma długiej historii, ponieważ gdy wysiedliśmy z metra, było już ciemno, a dla nas był to środek nocy, więc szybko się położyliśmy. Przy okazji trzeba wspomnieć, że jet-lag przy kierunku zachodnim wręcz ułatwia zwiedzanie – w domu ciężko mi wstać o 8, a w Stanach regularnie budziliśmy się o 5 zwarci i gotowi – w sam raz, żeby wyprzedzić godziny szczytu i sprawnie dostać się na miejsce… przynajmniej przez pierwsze cztery dni, potem przeszliśmy na czas lokalny.

Statua Wolności, Charging Bull, giełda oraz budki z hot-dogami

Drugi dzień rozpoczęliśmy więc wcześnie rano – większość atrakcji jest w tych godzinach zamknięta, postanowiliśmy więc zacząć od Statuy Wolności, której i tak nie planowaliśmy zwiedzać (wystarczyło nam przepłynięcie w pobliżu niej), a później poruszać się na północ, odwiedzając jak najwięcej znanych punktów. Co ciekawe statuę z poziomu wody można zobaczyć za darmo, jeśli skorzysta się z promu płynącego na Staten Island – jest to idealne rozwiązanie, o ile nie chcecie spędzać czasu pod samym pomnikiem albo na Ellis Island – my postanowiliśmy tak właśnie zrobić, aby zaoszczędzić trochę czasu i dolarów. Zresztą wydaje mi się, że Statua Wolności najlepiej wygląda właśnie z pewnej odległości, a nie z bliska.

Po powrocie na Manhattan rozpoczęliśmy nasz długi spacer od złotego pomnika szarżującego byka (Charging Bull), którego wszyscy z jakiegoś powodu macają po byczych klejnotach. Idąc dalej Broadwayem (który na tym odcinku nie różni się niczym od innych ulic), trafiliśmy na Wall Street, gdzie pracują główni architekci globalnych kryzysów finansowych – znajduje się tam główna siedziba nowojorskiej giełdy. Po drodze zaczepił nas starszy pan i zapytał, czy mamy jakiś problem. Nie był to jednak lokalny dres i zwyczajnie chciał nam pomóc, gdy zobaczył nas z mapą w rękach, co zresztą powtarzało się kilkukrotnie – wygląda na to, że Amerykanie są z reguły pomocnymi ludźmi.

WTC (stare i nowe), sąd, NYPD

Następny przystanek to 9/11 Memorial, czyli pomnik pozostawiony w miejscu dwóch zawalonych wież World Trade Center. Tuż obok powstał zresztą nowoczesny drapacz chmur – One World Trade Center. Z tego miejsca kierowaliśmy się w stronę Mostu Brooklińskiego, przy okazji zahaczając o ratusz oraz sąd – okazałe klasycystyczne budynki.

Samo budownictwo Manhattanu jest bardzo ciekawe – wielkie drapacze chmur przeplatają się ze zwyczajnymi blokami mieszkalnymi oraz budynkami użyteczności publicznej, często projektowanymi tak, aby przypominały starożytne budowle – z nadmiarem kolumn i zdobień. Obok wejścia na most znajduje się też siedziba policji (NYPD), pod którą odbywał się właśnie jakiś protest – przez chwilę przyglądaliśmy się, konsumując hot-doga z typowej przenośnej nowojorskiej budki z hot-dogami, ale sytuacja nie eskalowała, więc poszliśmy dalej.

Mosty pomiędzy Manhattanem a Brooklynem (o takich właśnie nazwach)

Po przekroczeniu mostu znaleźliśmy się na chwilę w Brooklynie, który sam w sobie nie wydawał się zbyt ciekawy, ale za to z bulwarów roztacza się piękny widok na główną wyspę Nowego Jorku. Wróciliśmy na nią po Manhattan Bridge, który nie jest już tak ładny jak Most Brookliński, a do tego jest bardziej hałaśliwy, ponieważ oprócz samochodów jeździ po nim metro.

Dość przypadkowo wyszliśmy w samym środku słynnego Chinatown, gdzie w losowej knajpce postanowiliśmy zjeść obiad – nie ma to jak tradycyjne chińskie danie w najsłynniejszym mieście USA! Sama dzielnica zdecydowanie nie zawiodła – mnóstwo orientalnych sklepików i egzotycznych owoców, warzyw i grzybów na straganach – naprawdę przypomina to Pekin (chociaż o tym dowiedziałem się dopiero później, odwiedziwszy stolicę Chin).

Chinatown

Dalej pomaszerowaliśmy w kierunku Greenwich Village, a po drodze postanowiliśmy wstąpić na pyszny koktajl polecany w Internecie. Gdy weszliśmy do lokalu, okazało się jednak, że ta duża grupa ludzi stojąca nieopodal to kolejka, a czas oczekiwania to 2-3 godziny, więc nagle odechciało nam się shake’ów – jak kolorowe by one nie były, nie opłaca się marnować tyle czasu w kolejce w tak interesującym mieście.

Chwilę później dotarliśmy w bardzo ciekawe miejsce – nieużywaną linię kolejki naziemnej, zamienioną w deptak – High Line. Tam też musieliśmy trochę poczekać, ponieważ przy wejściu na nią akurat kręcono jakiś film. Co ciekawe deptak ten przebiega przez kilka budynków i wciąż prowadzone są prace nad jego wydłużeniem – my przeszliśmy całą dostępną wówczas część, aż do stacji Pensylwania, czyli wielkiego węzła przesiadkowego pomiędzy Manhattanem a Jersey City, znajdującego się pod Pocztą Główną i halą Madison Square Garden (jeśli ktoś nie kojarzy, to jest to miejsce, w którym Godzilla złożyła jaja w 1998r). Polecamy to miejsce (deptak, nie stację), ponieważ nie ma tam wielu turystów i można odpocząć przez chwilę od wielkomiejskiego zgiełku, który towarzyszył nam w większości innych ciekawych miejsc.

Widoki z High Line oraz Poczta Główna

Stamtąd idąc ulicą 31 trafiliśmy na 5 aleję. Przy tej okazji warto może wspomnieć nieco o fantastycznym pomyśle numerowania dróg w mieście. Co prawda niektóre wciąż mają historyczne nazwy (Broadway, Wall Street, Amsterdam Street itp.), ale większość posiada tylko numery. Ze wschodu na zachód mamy do czynienia z ulicami (z oznaczeniem W/E w zależności od tego, w której części się znajdujemy), a z południa na północ biegną aleje. Uporządkowana numeracja powoduje, że w zasadzie nie da się tam zgubić, ponieważ zawsze wiadomo, w jakim kierunku należy iść (a do tego regularnie można spotkać słupy z mapami, podobnie jak to ma miejsce np. w Londynie). Świetne rozwiązanie!

Po drodze po raz kolejny odbiliśmy na chwilę na Broadway, aby zobaczyć słynny wąski Flatiron przed odwiedzeniem Empire State Building, gdzie rozważaliśmy wjazd na górę, ale że akurat zmierzchało i warunki nie były najlepsze do podziwiania widoków, postanowiliśmy zrobić to później i poszliśmy dalej 5 aleją do pięknego, zabytkowego budynku nowojorskiej biblioteki, gdzie zobaczyliśmy wszystko z wyjątkiem samych książek. To jest też okolica najbardziej luksusowych sklepów i hoteli w Nowym Jorku, więc było na co patrzeć.

Flatiron i okolice, Empire State Building oraz wnętrze biblioteki

Kawałek dalej zwiedziliśmy Grand Central Terminal – słynną i piękną stację kolejową, obok której zajrzeliśmy do nietypowego Chrysler Building, czyli miejsca, które nieodmiennie kojarzy mi się z Pogromcami Duchów – rzygacze były ładnie podświetlone. Postanowiliśmy również przejść się do znanej z telewizji siedziby ONZ, ale ona dla odmiany o tej porze była już ciemna i nieciekawa, więc zawróciliśmy w kierunku Rockefeller Center – kompleksu budynków, na jednym z których znajduje się słynny taras widokowy Top of the Rock (a przed nim lodowisko i ogromna choinka, którą podziwiał Kevin w Nowym Jorku). Z góry rozciąga się piękny widok na panoramę miasta, o tej porze bardzo ładnie oświetlonego. Zaletą tego miejsca – w porównaniu do konkurencji – jest to, że widać z niego Empire State Building (czyli rzeczoną konkurencję).

Grand Central Station, widok z Top of the Rock (m. in. na Empire State Building) oraz Times Square (widoczny również jako rażąca poświata na zdjęciu z góry)

Jako że tego dnia udało nam się już przejść 25 kilometrów, zmęczeni udaliśmy się do ostatniego punktu naszej wycieczki, czyli Times Square na skrzyżowaniu 7 alei i Broadwayu – dopiero tutaj znajdują się te wszystkie teatry, w których wykonuje się słynne broadwayowskie musicale. To kultowe miejsce najlepiej wygląda po zmroku, gdy jesteśmy zalewani światłem reklam z sąsiednich budynków. Znaleźliśmy tam również – zupełnie przypadkowo – M&Ms World, czyli kilkupiętrowy sklep ze wszystkim, co z M&Ms może się kojarzyć, i którego pracownicy co pół godziny zbierali się razem i tańczyli (przy udziale niektórych klientów). Nie jesteśmy pewni, czy pracujące tam osoby były zadowolone z tych przedstawień, niemniej uśmiech nie schodził im z ust – w końcu to Ameryka! Stamtąd wróciliśmy już metrem na zasłużony odpoczynek do hostelu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.