Kambodża, czyli kraj o tragicznej przeszłości i leniwej teraźniejszości

Następnego ranka wyruszyliśmy w nieplanowaną podróż nowoczesnym, luksusowym busem – nawet WiFi w nim działało! Co prawda nie było w nim toalety, ale zatrzymywaliśmy się co godzinę, w tym raz na lunch, więc jechało się bardzo komfortowo. Główne drogi w Kambodży za dnia są całkiem spoko – nie ma zbyt dużego ruchu i jest dobra widoczność, więc chaotyczne manewry kierowcy nie są aż tak niebezpieczne.

Po dojechaniu do stolicy wybraliśmy się na spacer brzegiem rzeki. Miasto okazało się brudne, brzydkie i drogie. Dokładnie tego się po nim spodziewaliśmy – dlatego właśnie nie uwzględniliśmy go w oryginalnym planie. 2 godziny zdecydowanie wystarczyło, aby wyrobić sobie opinię. Sama rzeka przywoływała skojarzenia z Ankh (patrz: Świat Dysku – Terry Pratchett) – wyglądała, jakby łatwiej było przejść po jej powierzchni, niż ją przepłynąć. Ze względu na ograniczony czas nie zwiedzaliśmy żadnych atrakcji turystycznych, obejrzeliśmy tylko zza muru Pałac Królewski . Jedyne, co nam się podobało, to markety z nieznanymi nam owocami. Było też trochę street foodu, którego nie spotkaliśmy nigdzie indziej (np. grillowane muszelki), ale niestety stan naszych żołądków nie pozwolił nam na degustację – żywiliśmy się pieczywem, ryżem i wodą.

Phnom Penh w całej okazałości

Druga część podróży nie była już taka przyjemna – o ile bus był tego samego typu, o tyle WiFi już nie działało, a przez 5h była tylko jedna przerwa. Mogliśmy za to podziwiać, jak wygląda ten kraj poza miastami – ludzie mieszkający na terenach, przez które przejeżdżaliśmy, utrzymywali się głównie z tego, czego dostarczała im rzeka Mekong. Co ciekawe na suchym lądzie jakieś 70% zabudowań stało na palach. W porze suchej jedynym zyskiem był cień i jestem ciekaw, czy rzeczywiście te tereny są zalewane w porze deszczowej. Zaprzeczało temu pozostałe 30% zabudowań, na których nie było widać śladów wody – być może nawet w najgorszym okresie poziom wody jest niski i wystarczą zwykłe worki z piaskiem. Podobno okoliczne jezioro potrafi powiększyć swoją powierzchnię 10-krotnie, co pasuje do tej teorii.

Gdy zaczął zapadać zmrok, zrozumieliśmy, dlaczego wszyscy odradzają nocne podróżowanie szosami Azji Południowo-Wschodniej. Mimo że jechaliśmy główną drogą, łączącą północ z południem kraju, co chwilę pojawiali się na niej miejscowi wieśniacy zaganiający zwierzęta do miejsca noclegu oraz pojazdy bez oświetlenia (rowery, motocykle, samochody osobowe, ciężarówki…), które ciężko było w półmroku dojrzeć. Nie chciałbym prowadzić samochodu (a tym bardziej busa) w takich warunkach.

Do Siem Reap dotarliśmy około 20:00, a końcowy przystanek był w innym miejscu, niż się spodziewaliśmy, więc byliśmy zmuszeni do skorzystania z tuk-tuka. Do wyboru były dwa i żaden kierowca nie mówił po angielsku – trzeba było szybko się decydować, bo inni pasażerowie też chcieli dostać się do centrum. Co prawda Khmer nie znał drogi do naszego hostelu, ale Google Maps spełniło swoją rolę i wreszcie trafiliśmy do Mei Gui Guesthouse, gdzie planowo mieliśmy dotrzeć dzień wcześniej.

Jako że następnego dnia mieliśmy samolot do Bangkoku, nie było czasu do stracenia. Na szczęście wylot zaplanowaliśmy na 17:00, więc wciąż mieliśmy szansę, aby zwiedzić Angkor Wat (nasi znajomi zrobili to dzień wcześniej). Musieliśmy tylko załatwić sobie transport. Tak naprawdę uważana za cud świata Angkor Wat to jedna z wielu pięknych świątyń, odkrytych w dżungli w okolicy Siem Reap . Cały teren udostępniony zwiedzającym jest ogromny i znajduje się kilka kilometrów od miasta. Planowaliśmy objechać go rowerami, ale na to jednak nie starczyłoby nam czasu, więc jeszcze tego samego wieczoru wybraliśmy się do centrum, aby załatwić sobie tuk-tuka na kolejny dzień.

Atrakcje Siem Reap: oświetlone mostki, Pub Street, Predator

Centrum Siem Reap przypomina starówki europejskich miast – duże stężenie turystów na małym obszarze. Pochodziliśmy chwilę, posłuchaliśmy niezłego koncertu na żywo w Hard Rock Cafe i wybraliśmy losowego kierowcę tuk-tuka na kolejny dzień, z którym udało nam się wynegocjować najniższą cenę (jest łatwiej, jeśli wcześniej sprawdzi się w Internecie, ile powinna wynosić: 15-18$). Na tyle starczyło nam sił.

Oczywiście rano okazało się, że nie przyjechał, bo jakże by inaczej… Niezrażeni tym niepowodzeniem znaleźliśmy innego, który po krótkich negocjacjach zgodził się wozić nas przez pół dnia za tę samą cenę. Akurat od lutego jednodniowy bilet do kompleksu świątynnego podrożał niemal dwukrotnie (z 20$ do 37$) – być może dlatego nie było długich kolejek. Trzeba też powiedzieć, że kasjerzy obsługiwali interesantów bardzo sprawnie.

Wybraliśmy trasę tzw. small circle, na której odwiedziliśmy w sumie ok. 6 świątyń (piszę „około”, ponieważ niektóre przystanki obejmowały po 2 świątynie, a nie wszystkie zwiedzaliśmy dokładnie). Praktycznie wszystkie opinie o tej atrakcji turystycznej są pozytywne – i nie bez powodu. Co prawda część osób twierdzi, że po kilku świątyniach wszystkie kolejne są już takie same, ale my tego nie odczuliśmy w ten sposób. Zabudowania różniły się między sobą, a główne atrakcje (Angkor Wat, Angkor Thom/Bayon) zostawiliśmy sobie na koniec i w żadnym momencie nie byliśmy znużeni widokami.

Różne świątynie wokół Angkor Wat

Największe wrażenie wywarła na nas chyba pierwsza świątynia – nie była wysoka, ale za to dobrze zachowane i widowiskowo ukryta w dżungli. Jeśli dodać do tego poranne oświetlenie i brak ludzi, otrzymujemy przepiękne miejsce. Dwie kolejne były w kształcie piramidy – gdy się na nie wspięliśmy, mieliśmy przed sobą bardzo ładne widoki.

Gdy dotarliśmy do głównych atrakcji, było tam już sporo turystów. Trudno powiedzieć, która godzina jest najlepsza na zwiedzanie najpopularniejszych miejsc – my byliśmy tam koło południa, ale podejrzewam, że najbardziej zatłoczone są podczas wschodów i zachodów słońca, ponieważ wtedy wychodzą najładniejsze zdjęcia.

Samo Angkor Wat wyróżnia się na tle pozostałych świątyń i nie bez powodu jest nazywane ósmym cudem świata. Otacza ją fosa i duży otwarty teren, jest najlepiej zachowana i ma trzy piętra, a na każdym ściany pełne są płaskorzeźb opowiadających pewne historie. Do tego z samej góry rozpościera się cudowny widok na otaczający ją teren. Jakby tego było mało, na miejscu spotkaliśmy grupkę małp, które przybiegły z dżungli na wyżerkę. Znajomi, którzy byli tam dzień wcześniej, opowiadali, że podczas zachodu słońca jest ich jeszcze więcej i odważniej podchodzą do turystów (bezczelnie wyrywając im jedzenie). Cóż, Angkor Wat jest w środku dżungli i przez długi czas był przez nią zarośnięty, więc w zasadzie małpy mają do niej takie samo prawo jak my – obie strony w pewnym sensie na tym korzystają.

Angkor Wat

W kompleksie świątyń spędziliśmy w sumie około 6h i chętnie zostalibyśmy tam dłużej. Zdecydowanie jest to obowiązkowy punkt podróży dla osób odwiedzających szeroko pojętą okolicę. Bez problemu można tam przylecieć lub przyjechać z Tajlandii na kilka dni. Większość osób kupuje bilet jednodniowy, ale jeśli trafimy tam kiedyś ponownie (a chcielibyśmy), na pewno rozważymy trzydniowy. Jest tam mnóstwo do zobaczenia i warto poświęcić trochę więcej czasu, żeby nie zwiedzać w pośpiechu, bo bieganie po licznych schodach w temperaturze 35 stopni Celsjusza do najprzyjemniejszych nie należy.

Na tym w zakończyła się nasz podróż po Kambodży – z Angkor Wat pojechaliśmy prosto na lotnisko i polecieliśmy do Bangkoku, skąd dwa dni później wróciliśmy bez przeszkód do Europy. Kraj ten okazał się znacznie bardziej turystyczny, niż tego oczekiwaliśmy, ale może to wina miejsc, które zdecydowaliśmy się zobaczyć. Angkor Wat jest jedyne w swoim rodzaju, żadne świątynie w Tajlandii (a tym bardziej w Wietnamie) jej nie dorównywały. Koh Rong była dokładnie taka, jak wyobrażaliśmy sobie rajską wysepę. Nie byliśmy co prawda na tajskich wysepkach, ale podejrzewamy, że główną różnicą jest liczba turystów.

Podróż po Południowo-Wchodniej Azji na pewno poszerzyła nasze horyzonty (szczególnie kulinarne), ale nie była też tak egzotyczna, jak można by się tego spodziewać. Czy to źle? Trudno powiedzieć, ponieważ gdyby te miejsca były bardziej dzikie, to nasze „przygody zdrowotne” mogłyby nam znacznie bardziej pokrzyżować plany. O ile w Tajlandii spodziewaliśmy się cywilizacji, o tyle Wietnam i Kambodża pokazały, że świat rzeczywiście powoli staje się globalną wioską (być może z wyjątkiem środkowej Afryki i niektórych państw muzułmańskich w Azji). Nawet do niedawna słabo poznane kraje otwierają się na turystykę i tym samym przystosowują do ogólnie panujących standardów. Póki co wciąż znacząco różnią się jednak od państw zachodnich i warto odwiedzić ten rejon przynajmniej raz, aby mieć własne spojrzenie na tę kulturę, ponieważ postępująca globalizacja może doprowadzić do zatracenia przynajmniej części ich tożsamości. Każdy już sam musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to dobrze, czy źle. Zapraszam do dzielenia się Waszymi opiniami na ten temat w komentarzach – sprawmy razem, aby te opowieści były wstępem do dialogu, a nie tylko monologiem.

Jedna myśl do “Kambodża, czyli kraj o tragicznej przeszłości i leniwej teraźniejszości”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.