Kambodża, czyli kraj o tragicznej przeszłości i leniwej teraźniejszości

Do Kambodży trafiliśmy po dwóch tygodniach spędzonych w Tajlandii i Wietnamie – był to finalny etap naszej podróży i można powiedzieć, że byliśmy już zaprawieni w bojach. Jak się później okazało, rzeczywistość wzięła to pod uwagę i wytoczyła przeciwko nam najcięższe działa, które zmusiły nas do improwizowania pod presją czasu. Jeśli interesuje Was, dlaczego zgodnie z pierwotnym planem z rajskiej wyspy nie trafiliśmy do Angkor Wat – cudu świata będącego największą atrakcją tego kraju – to zapraszam do czytania.

Przed wyjazdem Kambodża kojarzyła mi się jednoznacznie – z biedą. W sprawozdaniach z innych wypraw można znaleźć fragmenty, jak to ubogie dzieci cieszyły się z darowanych kredek i zeszytów, a turyści byli usatysfakcjonowani zrobieniem dobrego uczynku. Uprzedzając fakty zaznaczę, że my w takie miejsca nie trafiliśmy. Co więcej – wydaje mi się, że tym razem zobaczyliśmy dwa najbardziej turystyczne miejsca w kraju, a tym samym ciężko będzie na podstawie tej relacji uzyskać jego pełen obraz, ale postaram się go opisać jak najszerzej.

Jadąc do Kambodży warto poczytać wpierw o jej historii. Najtragiczniejszy okres w jej dziejach skończył się stosunkowo niedawno: reżim Czerwonych Khmerów, który wymordował 25% społeczeństwa – głównie elit biznesowych i intelektualnych – został obalony dopiero w latach 80-tych, a walki o władzę toczyły się do końca XX wieku. Krótki czas i brak odpowiednich liderów to przyczyny niepełnej i stosunkowo chaotycznej odbudowy kraju po tych wydarzeniach. Większość turystów, którzy chcą spędzić w Kambodży więcej czasu niż kilka dni w Angkor Wat, zaczyna wizytę w Phnom Penh, gdzie w muzeach i miejscach pamięci można zagłębić się w tę smutną historię. My akurat nie zamierzaliśmy odwiedzać stolicy.

Naszym pierwszym planowanym przystankiem była nadmorska miejscowość Sihanoukville, z której mieliśmy dotrzeć na rajską wyspę i zasłużenie odpocząć po trudach wcześniejszych podróży. Z Wietnamu dotarliśmy tam świeżo otwartym połączeniem lotniczym, ale można próbować również lądem, a nawet wodą. Lotnisko okazało się mniejsze niż szczecińskie, a to już coś, ponieważ Goleniów obsługuje całe 8 lotów i ma 4 bramki.

Odpowiednio mały był również samolot obsługujący to połączenie. Jedyny raz sam miałem wątpliwości co do bezpieczeństwa środka transportu, ale musiałem robić dobrą minę do złej gry, aby ktoś inny całkowicie nie spanikował. No i jedyny raz w trakcie całej podróży mieliśmy problem z upchnięciem naszego bagażu podręcznego – zrozumieliśmy wtedy, dlaczego akurat na tych lotniskach co i rusz spotykaliśmy nie tylko pojemniki do mierzenia walizki, ale i wagi.

Plaża w Sihanoukville

Po wylądowaniu musieliśmy aplikować o wizę (30$/osobę), co nie stanowiło żadnego problemu, chociaż wypisywanie wszystkich niezbędnych papierków trochę czasu pochłonęło. Pierwszym, co nas zaskoczyło, były ceny transportu z lotniska, które były podobne do tych w Tajlandii i Wietnamie, pomimo znacznie mniejszej odległości do pokonania. Okazuje się, że w Sihanoukville mafia wyznacza stałą cenę za przejazd i niezależni przewoźnicy nie są dopuszczani do terminalu. Tuk-tuk do miasta kosztuje 15$ (ale 4 osoby z bagażami średnio się w nim mieszczą), taksówka 20$, a autobus 6$ od osoby.

Przy okazji może kilka słów o miejscowej walucie. W tym kraju dolar jest oficjalnym i powszechnie używanym środkiem płatniczym, a tylko dla kwot mniejszych od 1$ stosuję się lokalnego riela (1$ = 4000 KHR). Być może to jest jedna z przyczyn wyższych cen – sprzedawcy chętnie zaokrąglają je do pełnych dolarów. Co ciekawe banknoty amerykańskie powinny być czyste i gładkie, żeby można ich było użyć, ale już riele mogą być pogniecione, podarte i popisane.

Do miasteczka dotarliśmy po południu i spędziliśmy tam jedną noc, ponieważ tego dnia nie było już promu na wyspy. Wyglądało trochę jak nasze miejscowości nadmorskie, z tym że sprzedawali tam więcej owoców morza, a cała plaża była zawalona imprezowniami (a szkoda, bo ta piękna, piaszczysta plaża byłaby idealnym miejscem do wypoczynku, ale wieczorem zamieniała się w skrzyżowanie parkietu z toaletą).

Drugim dużym zaskoczeniem było dla nas jak wielu zachodnich turystów się tam znajduje, a jeszcze większym – ilu z nich tam pracuje. Okazuje się w tej części Kambodży większość lokali należy do ludzi spoza kraju (Niemców, Amerykanów, Brytyjczyków) i również bardzo ceniona jest biała obsługa – widzieliśmy sporo ogłoszeń typu „western staff needed„. Wygląda na to, że sporo osób trafia tutaj na dłużej i jeśli ktoś lubi takie tropikalno-imprezowe klimaty, to trudno mu się dziwić, ponieważ pod tym kątem miejsce jest idealne.

Plaża na Kog Rong

Kolejnego dnia dopłynęliśmy na wyspę w dwóch turach – druga para wpierw pojechała do kliniki po leki na przeziębienie i przybyła późniejszym promem. Warto zauważyć, że – pomimo wcześniejszego opłacenia biletu – nie było problemu ze zmianą godziny. W Kambodży ludzie są z reguły wyluzowani i zazwyczaj nie robią żadnych problemów. Podobno czasami rezultatem są przepełnione promy (albo turyści pozostawieni na nabrzeżu pomimo posiadanego biletu), ale my tego nie doświadczyliśmy.

Sihanoukville jest bramą do dwóch wysp: Koh Rong i Koh Rong Samui (tak, chyba brakło im trochę inwencji). My trafiliśmy na tę pierwszą i wyglądała naprawdę rajsko, jak zresztą możecie zobaczyć na zdjęciach. Nasze bungalowy znajdowały się na uboczu i dzięki temu mieliśmy spory kawałek niemal pustej plaży dla siebie. Same chatki Paradise Bungalows są super – co prawda wyposażenie podstawowe (łóżka z moskitierami i mała szafka), ale łazienka pod gołym niebem jest czymś wyjątkowym i całkiem komfortowym, ponieważ w tym klimacie zawsze jest ciepło (my byliśmy w najchłodniejszy miesiącu, więc temperatura nocą spadała do 25 stopni Celsjusza).

W zasadzie na tym skończyłaby się relacja z wyspy, ponieważ zdecydowanie postawiliśmy na lenistwo (jedzenie, plażowanie, gry, książki i spanie), ale niestety nie wszystko poszło zgodnie z planem. Na Koh Rong stołowaliśmy się w różnych restauracjach – zarówno zachodnich, jak i khmerskich – i nie mieliśmy żadnych problemów, pomimo pewnych niesprecyzowanych ostrzeżeń właściciela jednego z droższych lokali, które jednak brzmiały dla nas bardziej jak zachęta do korzystania wyłącznie z jego usług (ostrzeżenie przekazała nam Polka, która akurat tam pracowała). Ostatniego dnia wybraliśmy się do lokalu Coco, w którym wcześniej jedliśmy, piliśmy i graliśmy w ping-ponga (piłeczka co chwilę lądowała w kuchni). Trzy osoby zamówiły sobie najbardziej wypasione danie, czyli tacę grillowanych owoców morza. Jedna osoba nie jada tego typu posiłków i tym razem była to świetna decyzja.

Koh Rong – nasze bungalowy (w tym łazienka na świeżym powietrzu) oraz oczekiwanie, aż piłeczka wróci z kuchni

Ujmując sprawę delikatnie – 3 osoby miały za sobą ciężką noc i jeszcze trudniejszy dzień przed sobą. Łazienka na otwartym powietrzu miała jeszcze więcej zalet, niż się spodziewaliśmy, a w tej sytuacji cudem było, że wystarczyła nam tylko jedna. W połowie nocy skończyła nam się woda do picia, a leki przywiezione z Polski po raz pierwszy okazały się nieskuteczne. Rankiem ledwo doczłapaliśmy się do promu z bagażami, ale okazało się, że nie wszyscy są w stanie płynąć – godzina na łodzi motorowej bez łazienki była wyzwaniem.

Już wcześniej dowiedzieliśmy się, że na Koh Rong nie ma żadnego lekarza (rajskie wyspy mają też wady). Udaliśmy się więc do punktu aptecznego i tam pielęgniarka podłączyła nas do kroplówek, po czym częściowo odżyliśmy. Znajomi popłynęli kolejnym promem i zdążyli na samolot, natomiast my zostaliśmy, ponieważ potrzebowaliśmy drugiego doładowania, zanim mogliśmy się stamtąd ruszyć. Obsługa była bardzo miła i profesjonalna, tylko sam lokal nieprzystosowany do tylu pacjentów, więc siedzieliśmy na ziemi, a kroplówki wisiały na drzwiczkach od szafki z lekami. Jedyne łóżko zajął Khmer, który akurat rozbił sobie głowę i potrzebował opatrunku. W międzyczasie do apteki wpadali coraz to nowi klienci z po leki na biegunkę – okazało się, że nie tylko my padliśmy ofiarami tej restauracji. Możemy z czystym sercem polecić Koh Rong, ale nie jedzcie w Coco!

It’s a trap!

Ostatnim promem wróciliśmy na stały ląd, ale samolot już odleciał – udaliśmy się więc prosto do kliniki na dodatkowe badania. Zrobili tam z nami szczegółowy wywiad i pobrali krew – po godzinie były już wyniki i dali nam silniejsze leki niż dostaliśmy na wyspie. O 20:00 siedzieliśmy więc w poczekalni szpitala i zastanawialiśmy się, co dalej – nie mieliśmy noclegu ani transportu. Akurat w Siem Reap (miasto wypadowe do Angkor Wat) mieliśmy spędzić tylko 1 dzień, a później już lecieć do Bangkoku i z powrotem do Polski.

Na szczęście kliniki w Południowo-Wschodniej Azji maja WiFi – już i tak nabiliśmy niezły rachunek rozmowami telefonicznymi z ubezpieczycielem i nie chcieliśmy go mnożyć, korzystając z mobilnego Internetu – lokalna karta SIM to niezły pomysł na takie nieprzewidziane wypadki. Okazało się, że w pobliżu jest tylko jeden hotel, ale średnia ocena to 5/10. Bardzo rzadko decydujemy się na miejsce poniżej 7/10, ale tym razem zmęczenie wygrało – przeszliśmy 20m i byliśmy na miejscu.  Budynek wyglądał znakomicie, ale check-in zajął nam jakieś pół godziny, ponieważ obudziliśmy właścicielkę, która miała problemy z podłączeniem drukarki, a potem nie mogła się zalogować, ponieważ hasło znał tylko jej bratanek, a ten gdzieś poszedł i nie było wiadomo, kiedy wróci…

W końcu jednak wylądowaliśmy w pokoju – jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że był to najbardziej luksusowy nocleg na tej wycieczce. Zamiast najtańszego lokum dostaliśmy 80-metrowy apartament z kuchnią, ogromną łazienką i salonem! W końcu po tym całym ciężkim dniu jakiś pozytyw. Pierwszy problem rozwiązany – trzeba było teraz ogarnąć dalszą podróż. Z lotami było ciężko, ponieważ jest to mała miejscowość – na następny dzień już nic nie było, a na pojutrze bilety u podejrzanego przewoźnika kosztowały 800 PLN od osoby, co wcale nam się nie uśmiechało. Okazało się jednak, że 200m od nas mieści się siedziba firmy przewozowej, więc poszedłem tam, naiwnie licząc, że o 22:00 wciąż będzie otwarte. I było!

Dowiedziałem się, że podróż lądem z Sihanoukville do Siem Reap zajmuje 12h z 2-godzinną przerwą i zmianą autobusu w Phnom Penh. I tu znowu uśmiechnęło się do nas szczęście – akurat były jeszcze 2 miejsca na bus o 7:30 (21$/osobę). W rezultacie szliśmy spać w znacznie lepszych nastrojach, niż mogliśmy się spodziewać kilka godzin wcześniej.

Jedna myśl do “Kambodża, czyli kraj o tragicznej przeszłości i leniwej teraźniejszości”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.