Izrael i Jordania, czyli Bliski Wschód dla początkujących

Ostatnim etapem naszej wycieczki była Jerozolima. To miasto nas zachwyciło i zostaliśmy tam dłużej, niż planowaliśmy – ale po kolei. Dotrzeć z Hajfy do Jerozolimy można autobusem (bezpośrednio) albo pociągiem (z przesiadkami). Wybraliśmy ten drugi, dłuższy sposób, ponieważ ostatnia część trasy – wybudowana jeszcze w czasach Imperium Osmańskiego – jest bardzo widowiskowa: tory wiją się serpentyną przez zielone wzgórza poprzecinane strumieniami.

Droga do Jerozolimy

Zatrzymaliśmy się w arabskiej części Starego Miasta, która jest zdecydowanie najbardziej żywiołowa (i najtańsza). Dość przypadkowo dotarliśmy tam akurat na Wielkanoc i mieliśmy szczęście, że udało nam się znaleźć nocleg w racjonalnej cenie – inne miejsca były co najmniej 3x droższe. Stare Miasto od razu zrobiło na nas wielkie wrażenie, zresztą tam spędziliśmy większość naszego czasu. Pierwszego popołudnia obeszliśmy je dość losowo – okazało się, że jesteśmy rzut beretem (jakieś 100 metrów) od Via Dolorosa, czyli ulicy którą według tradycji prowadziła oryginalna droga krzyżowa – zresztą w różnych miejscach można znaleźć tabliczki z jej stacjami. Tego dnia zobaczyliśmy też Ścianę Płaczu (którą potem i tak później mijaliśmy codziennie), a także zwiedziliśmy położone przy niej podziemia, gdzie przewodnik opowiedział nam historię Jerozolimy (z żydowskiego punktu widzenia).

Jerozolima – Ściana Płaczu podczas Święta Paschy, które akurat zbiegło się z Wielkanocą

Drugi dzień (Wielki Piątek) to już zwiedzanie na całego: labirynt uliczek dzielnicy arabskiej, pełen kramów z przeróżnymi towarami; bogate hotele dzielnicy żydowskiej z modnymi kafejkami i odrestaurowaną ulicą z czasów rzymskich (Cardo); monumentalne świątynie dzielnicy chrześcijańskiej, na czele z Bazyliką Grobu Świętego i luterańskim Kościołem Odkupiciela. Udało nam się również wejść na dachy i zobaczyć, jak Stare Miasto wygląda z góry i którędy poruszają się miejscowi, gdy chcą uniknąć rzeszy turystów (nas tak łatwo nie unikną, ha!). Upatrzyliśmy sobie też sprzedawcę falafeli, u którego żywiliśmy się przez kilka następnych dni, na przemian z konsumowaniem bagietek z hummusem kupionym w markecie bez żadnych cen na półkach – każdy musiał zapłacić tyle, na ile wyglądał. Oczywiście wszędzie było pełno Polaków, bo to w końcu Wielkanoc w Jerozolimie – a już najwięcej w naszym tanim hostelu, którego przesympatyczny właściciel Mustafa codziennie podawał darmową kolację dla wszystkich gości (a było ich wielu!) i na każde zadanie pytanie odpowiadał „Welcome, welcome!”.

Widok z Masady

W sobotę pierwszy i ostatni raz skorzystaliśmy w Izraelu z wycieczki zorganizowanej. Chcieliśmy odwiedzić kilka ciekawych miejsc przy Morzu Martwym, ale niestety nie dało się tego zrobić na własną rękę, ponieważ był szabat i w dodatku żydowskie Święto Paschy, więc kumulacja odpoczynku transportu publicznego i wypożyczalni samochodów. Biznes turystyczny jednak nigdy nie śpi – zapewne kierowca naszego autobusu nie był żydem. Pierwszym punktem było odwiedzenie Masady o wschodzie słońca – jest to płaskowyż, na którym znajdowała się twierdza wybudowana przez Heroda. Dookoła zachowały się również pozostałości rzymskich obozów używanych podczas jej oblężenia (zakończonego samobójstwem wszystkich obrońców). Wspinaczka jest wymagająca (300 m przewyższenia), na szczęście o 6 rano nie jest jeszcze gorąco; z drugiej strony – o godzinie 8 startuje kolejka linowa, którą można wjechać w kilka minut. Z góry rozpościera się piękny widok – z jednej strony pustynia Negew, a z drugiej słońce wschodzące zza wzgórz znajdujących się po jordańskiej stronie Morza Martwego.

Wschód słońca nad Morzem Martwym

Drugim przystankiem był przepiękny rezerwat przyrody Ein Gedi. Jest to ogromna oaza na pustyni, gdzie znajdują się za równo ładne wodospady i ciekawa roślinność, jak i przyzwyczajone do turystów zwierzęta – w tym ibeksy i góralki. Bardzo żałowaliśmy, że mieliśmy tam tylko godzinę, ponieważ chętnie spędzilibyśmy w tym miejscu i pół dnia (a nawet cały, jeśli temperatura byłaby niższa). Ostatnim punktem wycieczki było plażowanie nad Morzem Martwym, gdzie oczywiście skorzystaliśmy z rzekomych zdrowotnych właściwości błota – na tej plaży było go mnóstwo i miejscowi pokazali nam, jak dokładnie z niego korzystać – oni oczywiście również byli natarci od stóp do głów.

Ibeksy w Ein Gedi

Popołudnie spędziliśmy już z powrotem w Jerozolimie – tym razem obeszliśmy Stare Miasto murami obronnymi. Jest to całkiem ciekawy sposób na jego zwiedzanie – można porównać tłumy wśród straganów wewnątrz z nowoczesną częścią Jerozolimy pełną samochodów na zewnątrz. Oprócz tego trafiliśmy wreszcie do czwartej dzielnicy – ormiańskiej, która jednak nie jest szczególnie interesująca. Wieczorem obejrzeliśmy z kolei pokaz w Cytadeli Dawida – po zmroku na ścianach zabytkowej budowli wyświetlane są filmy obrazujące całą historię Jerozolimy (tzw. mapping 3D) – polecamy ten show, warto się wybrać.

Nowoczesna część Jerozolimy

Na ostatni dzień w Izraelu zaplanowaliśmy plażowanie w Tel Awiwie, ale Jerozolima tak bardzo nas zachwyciła, że postanowiliśmy zostać tam do ostatniej chwili. Tego dnia przekonaliśmy się jeszcze bardziej, dlaczego to miasto jest świętym miejscem trzech religii. Rano udało nam się zwiedzić Wzgórze Świątynne, które z jednej strony jest najświętszym miejscem judaizmu (Ściana Płaczu jest jego częścią), a z drugiej – od czasu podpisanego lata temu rozejmu – znajduje się pod zarządem muzułmańskim i mieści się tam na nim trzeci najświętszy meczet islamu (po tych w Mekce i Medynie) – Kopuła na Skale.

Wzgórze Świątynne w Jerozolimie – Kopuła na Skale

Na początku trochę zdziwiła nas osobna kolejka dla żydów, ale później okazało się, że oni wcale nie wchodzą szybciej – muszą przed wejściem zostawić wierzchnie szaty, buty, a do tego otrzymują zbrojną eskortę; zaraz po przekroczeniu bramek rozpoczęli tradycyjny (i raczej prowokacyjny) taniec, a wcześniej nie raz było to miejsce zamieszek (zwłaszcza podczas świąt), stąd te dodatkowe środki ostrożności. Pozostali turyści wchodzą na wzgórze bez większego problemu, ale też tylko przez jedną z 16 bram i tylko w określonych godzinach. Poza wyżej wymienionym meczetem nie jest tam zbyt ciekawie, a do środka i tak nie można się dostać (nie będąc muzułmaninem), ale sama budowla jest naprawdę imponująca – zresztą jej złota kopuła góruje nad Jerozolimą na wszystkich widokówkach.

Wzgórze Świątynne w Jerozolimie – grupa bosych żydów eskortowana przez żołnierzy

Kolejnym przystankiem była Bazylika Grobu Pańskiego w chrześcijańskiej dzielnicy, do której w Wielki Piątek i Wielką Sobotę nie dało się dostać. Znajduje się w niej rzekomy grób Jezusa, do którego ustawiają się długie kolejki wiernych (szczególnie prawosławnych), a sama świątynia po wielu sporach jest zarządzana każdego dnia przez przedstawicieli innego odłamu chrześcijaństwa, natomiast klucze do niej przechowuje od pokoleń ta sama rodzina… muzułmańska. Sama bazylika jest naprawdę spora, ma kilka poziomów – warto spędzić w niej trochę czasu. Stąd udaliśmy się na Wzgórze Oliwne, podczas spaceru odwiedzając muzułmańską i żydowską nekropolię. Pomimo faktu, że dla żydów jest to miejsce, od którego ma się zacząć zmartwychwstanie i tylko najbogatsi z nich mogą sobie pozwolić na pochówek w tym miejscu, nagrobki nie są zdobione i w zasadzie wszystkie wyglądają tak samo (z wyjątkiem kilku starożytnych krypt). To samo zresztą tyczy się cmentarza islamskiego, co pokazuje, że chrześcijaństwo kładzie największy nacisk na ten aspekt religii.

Tabernakulum w Bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie

Na deser zostawiliśmy sobie miejsce nazywane Miastem Dawida. Są to częściowo udostępnione zwiedzającym wykopaliska archeologiczne w miejscu najstarszych części Jerozolimy. Znajdujące się tam pozostałości sięgają 4000 lat, a wśród nich jest częściowo zalany tunel o długości kilkuset metrów – świetne remedium na wysokie temperatury na zewnątrz, ale wymaga odpowiedniego przygotowania (czyli właściwych butów). Podobno bardzo przyjemna atrakcja, my jednak wybraliśmy biegnącą obok suchą ścieżkę.

Żydowski cmentarz na Wzgórzu Oliwnym w Jerozolimie

Stamtąd udaliśmy się już na tramwaj jadący na stację autobusową, z której było bezpośrednie połączenie na lotnisko. Układ samej stacji okazał się szalenie skomplikowany – wokół były liczne przystanki na różnych ulicach, część stacji była w remoncie, część była marketem, a nikt nie wiedział, skąd odjeżdża nasza linia. Jakieś pół godziny później udało nam się znaleźć właściwy przystanek – niepozorną zatoczkę znajdującą się chyba najdalej ze wszystkich.

Tak sprzedaje się przyprawy w muzułmańskiej części Jerozolimy (miniatura Kopuły na Skale znajdująca się na szczycie piramidki odróżnia to miejsce od innych arabskich marketów)

Na tym w zasadzie zakończyła się nasza bliskowschodnia przygoda. W obu krajach czuliśmy się bezpiecznie, w obu spotykaliśmy miłych ludzi (w szczególności w Jordanii), nie było też żadnych problemów z dogadaniem się po angielsku. W Izraelu komunikacja zbiorowa jest bardzo dobra i prawie wszystko da się załatwić przez Internet; w Jordanii łatwiej jednak poruszać się taksówkami lub wypożyczonym samochodem. Polecamy oba państwa, a szczególnie ich główne atrakcje: Jerozolimę i okolice na zachód od Jordanu, a Petrę i Wadi Rum na wschód.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.