Izrael i Jordania, czyli Bliski Wschód dla początkujących

Do Ammanu (znanego w starożytności jako Philadelphia) dotarliśmy wieczorem. Spotkało tam nas najbardziej traumatyczne przeżycie całego wyjazdu – gdy autobus podjechał na końcową stację (parking), obskoczyło go kilkunastu taksówkarzy, palcami „rezerwując” sobie pasażerów. Jako że jesteśmy bardzo biali, a na głowie miałem słomkowy kapelusz (niczym Dwukwiat), to wydawałem się łakomym kąskiem, więc walczyli o nas zażarcie. Mimo zdecydowanej odmowy ci najbardziej wytrwali (albo pechowi przy przydziale pozostałych pasażerów) szli za nami jeszcze kilkaset metrów, dopóki w końcu nie pogodzili się z tym, że 2 kilometry do hotelu wolimy po prostu przejść.

Pozostałości po cytadeli w Ammanie ze współczesną zabudową w tle

Nasz hotel nie był szczególnie imponujący, ale czysty, tani i dobrze zlokalizowany. Rankiem odwiedziliśmy największą atrakcję Ammanu, czyli starożytną cytadelę, a dokładniej wzgórze z pozostałościami po niej, z którego rozciągał się imponujący widok na zupełnie nie imponujące miasto. Obejrzeliśmy jeszcze wykuty w skale amfiteatr i stwierdziliśmy, że czas się zwijać z tego wielkiego, głośnego miasta. Plan był taki, że weźmiemy lokalny bus to Dżarasz (aka Geraza, aka Jerash, aka جرش), ale do odległej stacji autobusowej musieliśmy dojechać taksówką. Kierowca wypytał nas o plan dnia, po czym zaproponował na tyle konkurencyjną cenę, że postanowiliśmy skorzystać z jego usług na całej trasie do granicy.

Antyczna ulica w Dżarasz

Po godzinie dotarliśmy do Dżarasz, jednego z najlepiej zachowanych rzymskich miast. Bardzo polecam to miejsce – zdecydowanie przyćmiewa cytadelę w Ammanie, porównałbym je raczej do Pompei. Jeśli kogoś interesuje, jak wyglądały oryginalne zabudowania w rzymskich miastach, to jest to świetny przykład – na czele z kilkoma świątyniami i dwoma teatrami, ale też z drogami i stojącymi wzdłuż nich kolumnami, fontanną i kilkoma innymi budowlami.

Pozostałości bogato zdobionej fontanny (nimfeum) w Dżarasz

Stąd planowaliśmy jechać na granicę, ale skoro mieliśmy taksówkę do dyspozycji, to mieliśmy jeszcze sporo czasu (i wszystkie wstępy opłacone w ramach Jordan Pass), więc udaliśmy się do średniowiecznego zamku Adżlun. Okazało się jednak, że arabskie zamki nie różnią się szczególnie od europejskich i nie była to zbyt ciekawa atrakcja – dobra na kwadrans, ale raczej nie warto tam specjalnie jechać.

Zamek w Adżlun

Gdy dotarliśmy do przejścia granicznego, zaczęły się przygody. To dla odmiany zupełnie nie było przystosowane dla pieszych. Musieliśmy przesiąść się do innej taksówki, która jest tam tylko po to, aby przejechać przez posterunek wojskowy i dojechać do jordańskiej części przejścia. Tam poinformowano nas, że musimy zapłacić opłatę wyjazdową, pomimo że wszystkie źródła w Internecie podawały przeciwną informację – jak już wspominałem, stosowanie przepisów jest tutaj wyjątkowo chaotyczne. Oczywiście nie mieliśmy już takiej gotówki w miejscowej walucie, więc musieliśmy skorzystać z kantoru ze złodziejskimi stawkami, czyhającego właśnie na takich nieprzygotowanych podróżnych. Później jeszcze po 20 NIS za autobus do izraelskiej części przejścia i… nowe problemy.

Zdjęć z przejścia granicznego nie mamy, więc wrzucam osiołka z Petry, bo osiołki są fajne

Jak pisałem wcześniej, lotnisko w Tel Awiw jest raczej wyluzowane w kwestii przepytywania podróżnych – przejście w Bet Sze’an nie jest. Zresztą wiele osób odpada już na etapie planowania – to miejsce zwane jest przejściem przez rzekę Jordan imienia szeika Husseina, co raczej łatwo pomylić z innym przejściem przez rzekę Jordan imienia króla Husseina, a którym można przedostać się tylko w jedną stronę (200 km na południe). My się nie pomyliliśmy, ale akurat wplątaliśmy się w polską wycieczkę, więc jak celnikom powiedzieliśmy, że nie jesteśmy jej częścią, to zaczęli nas skrupulatnie wypytywać. Moja rozmowa zakończyła się dopiero wtedy, gdy zapytany, czy będę odwiedzał jakieś palestyńskie miasta, odpowiedziałem, że owszem, rezerwat w Ein Gedi, na co celniczka odrzekła, że to nie jest palestyńskie tylko izraelskie miasto i strzeliła focha. Wcześniej przetrzepano nasz bagaż ze względu na niezwykle niebezpieczne narzędzie, jakim jest statyw, także zeszło nam tam sporo czasu. A na końcu okazało się, że na miejscu nie ma taksówek, tylko trzeba zadzwonić po podany numer i czekać, czekać, czekać…

Ogrody w Hajfie wieczorną porą

Na szczęście zdążyliśmy na pociąg, a co więcej od tego momentu mieliśmy do czynienia już tylko z lepiej zorganizowaną stroną Izraela. Na dworcu bardzo łatwo kupić bilety w automatach, a właściwie wszędzie można płacić kartą, więc pod tym kątem kraj ten jest bardzo wygodny. Do Hajfy dotarliśmy późnym wieczorem… i zostaliśmy zakwaterowani w pokoju bez okien. Niestety budżetowe podróżowanie czasami tak wygląda, ale to był chyba najgorszy nocleg w hostelu, z jakim mieliśmy kiedykolwiek do czynienia – było duszno, maleńkie pomieszczenie nie miało też klimatyzacji, a do tego gryzły nas komary. Cóż, przygoda ze zwiedzaniem Izraela nie zaczęła się najlepiej.

Stare Miasto w Akko – żołnierz gra z dziećmi w piłkę, nie rozstając się przy tym ze swoim karabinem

Hajfa znana jest z pięknych ogrodów bahaistów mieszczących się na zboczach wzgórza Karmel. Były rzeczywiście ładne, ale raczej nie warto tam jechać wyłącznie dla nich, a samo miasto jest nieszczególnie ciekawe. Do tego jest portem, do którego zawija mnóstwo wycieczkowców, co powoduje, że ceny są wszędzie wysokie. Po zwiedzeniu ogrodów wybraliśmy się pociągiem do Akka (aka Acre, aka Akro, aka Akko, aka עכו, aka عكا), w której to miejscowości znajduje się świetnie zachowane stare miasto i twierdza z czasów średniowiecza – to była stolica Królestwa Jerozolimskiego podczas wypraw krzyżowych. Zarówno zabudowania, jak i wąskie uliczki są całkiem ciekawe, aczkolwiek blakną przy porównaniu z Jerozolimą. Po powrocie udaliśmy się na plażę morza Śródziemnego w Hajfie – jest tam bardzo ładna promenada i na pewno nacieszylibyśmy się nią bardziej, gdyby pogoda była lepsza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.