Izrael i Jordania, czyli Bliski Wschód dla początkujących

Kolejnym i najważniejszym przystankiem naszej podróży była Petra. W Jordanii transport publiczny odpowiedni dla turystów kręci się raczej wokół stolicy, ale akurat z Wadi Rum do Wadi Musa (wioski przy Petrze) kursuje regularnie jeden autobus dziennie – planowaliśmy z niego skorzystać, ale podczas zwiedzania pustyni poznaliśmy Brazylijczyka, który jechał wypożyczonym samochodem w tym samym kierunku i zabraliśmy się z nim. Przez kraj prowadzą dobrej jakości autostrady z ciekawymi, pustynnymi widokami – przypomina to trochę Nevadę, tylko ruch jest znacznie mniejszy i trochę bardziej chaotyczny, ale najwyraźniej Fernando czuł się w takich warunkach jak w domu.

Pustynna fauna

W Petrze zaplanowaliśmy dwa dni, więc pierwszego postanowiliśmy zaryzykować i samodzielnie przejść rzadko uczęszczanym przez turystów szlakiem, który pozwala dostać się do tego antycznego miasta od tyłu. Główna trasa w Petrze to około 7 kilometrów w jedną stronę i wracanie tą samą drogą nie wydaje się zbyt ciekawe, dlatego postanowiliśmy spróbować czegoś innego. Szlak prowadzi przez tereny górzyste i pierwsza połowa nie jest zbyt dobrze oznaczona, więc bardzo pomocny okazał się ślad GPS, który można pobrać z Internetu. Ta forma turystyki nabiera w Jordanii coraz większego znaczenia dzięki aktywności lokalnych piechurów.

To też pustynna fauna, tylko jakby trochę inna…

Szlak prowadzi z Małej Petry (która jest darmową namiastką tej prawdziwej – raczej nie wartą odwiedzania w innym celu niż jako start wycieczki) do Monastyru w Petrze właściwej (czyli najbardziej oddalonej od wejścia budowli). Bardzo nam się ta trasa podobała – spotkaliśmy tam tylko jedną grupę turystów, którą prowadził miejscowy przewodnik – i szybko zostawili nas w tyle. Są tam przepiękne widoki, które zresztą możecie zobaczyć na zdjęciach, a do tego można przekonać się, jak żyją współcześni beduini. Ich namioty nie wyglądają już tak ładnie jak te przeznaczone dla oczu turystów w Wadi Rum. W większości pokryte są plandekami z jakimiś napisami reklamowymi i innymi losowymi materiałami. W okolicach zawsze kręcą się jakieś osły, a niedaleko wypasają stadka kóz.

Tak żyją współcześni beduini – szału nie ma

Wspinając się w kierunku Monastyru, podziwialiśmy coraz bardziej górskie pejzaże. Gdzieniegdzie zbaczaliśmy za szlaku, aby nacieszyć się jeszcze lepszymi obrazami – choćby widokiem na sam szlak wiodący zboczem jakiegoś wzniesienia. Jeszcze kilka lat temu droga ta była raczej niebezpieczna bez miejscowego przewodnika, ale obecnie ryzykowne miejsca są już lepiej zabezpieczone, więc sprawna osoba nie będzie miała żadnych problemów, aby tamtędy przejść (chociaż oczywiście nie są to standardy europejskie).

Petra – Monastyr (człowiek dla skali)

Sama Petra jest przepięknym miejscem, zdecydowanie wartym swojej ceny (bilet jednodniowy kosztuje 50 JOD, czyli 250 PLN, ale dopłata za kolejne dni jest niewielka). Na głównej trasie znajdują się największe atrakcje: skarbiec, wielki teatr, największe grobowce, wielka świątynia, a na samym końcu – ogromny monastyr. My oczywiście podziwialiśmy je w odwrotnej kolejności. Jest to wspaniałe starożytne miasto, chociaż trzeba mieć świadomość, że ozdobne fasady wysokie i szerokie nawet na 50 metrów kryją raczej niewielkie i nieciekawe wnętrza. To wykute w skale elementy są największą atrakcją.

Widok z Petry na Wadi Musa

Gdy już weszliśmy na uczęszczany szlak, zaskoczyły nas tłumy turystów. Co prawda spodziewaliśmy się ich, jednak szok był spory po wręcz opuszczonej ścieżce górskiej. W okolicach monastyru jest mnóstwo miejsc opisywanych jako ‚najlepszy widok na świecie’, ale na nas nie robiły takiego wrażenia, ponieważ mieliśmy podobne widoki przez kilka ostatnich godzin. Petra jest też jednym z niewielu miejsc w Jordanii, gdzie miejscowi sprzedawcy aktywnie zaczepiają turystów… ale i tak jest znacznie spokojniej niż w Egipcie czy Turcji – zazwyczaj wystarczy raz odmówić i tyle.

Grobowce wykute w skałach podczas zachodu słońca (tzn. zdjęcie jest zrobione podczas zachodu – nie wiem, kiedy grobowce były wykute, ale raczej trwało to dłużej niż jeden wieczór)

Opuszczając tę przełęcz mogliśmy też zobaczyć, jak zachód słońca podkreśla rzeźbienia na fasadach. Co ciekawe wielu sprzedawców mieszka w tym opuszczonym mieście – pod koniec dnia szli do swoich jaskiń, zostawiając cały towar tam, gdzie stał (oczywiście przykryty – może i sobie nawzajem ufają, ale turystom już niekoniecznie). Ostatni kilometr pomiędzy skarbcem a wejściem to pięknie wijący się wąwóz.

Petra – widok na Skarbiec z dołu

Drugiego dnia chcieliśmy zacząć wcześnie rano, żeby zdążyć przed tłumami turystów, ale oczywiście nam się nie udało – co prawda przybyliśmy przed wycieczkami jadącymi z innych miejsc, ale i tak było już sporo ludzi. Również i ten dzień miał nam jednak upłynąć w większości poza ubitym szlakiem, ponieważ w Petrze jest znacznie więcej atrakcji niż te przy głównej drodze. Co prawda pozostałe szlaki opisane są jako wymagające przewodnika, ale wystarczy dobre przygotowanie (w postaci ściągniętej mapy) i/lub orientacja w terenie, aby przejść je samemu – a warto.

Petra – widok na Skarbiec z góry (i trochę z boku)

Przede wszystkim również na tych szlakach jest mniej turystów i sprzedawców niż na głównej drodze. Poza tym widoki są niesamowite – jeden z nich zaprowadził nas na półkę skalną, z której widać skarbiec, natomiast drugi pozwolił zobaczyć z góry cały kanion, teatr i grobowce. Efekty możecie podziwiać na zdjęciach. Trzeba tylko pamiętać, żeby wziąć dużo wody, ponieważ większość tras wymaga wspinania się i schodzenia po schodach, a pogoda jest tam typowo pustynna. Miejscowi również chętnie wskażą drogę, nawet jeśli nie skorzystamy z ich usług jako przewodników – wielu z nich i tak zajmuje się w tym czasie innymi ważnymi sprawami, jak jeżdżenie na osiołku albo pędzenie stada kóz.

Jeden z alternatywnych szlaków w Petrze, jak widać oblegany

Zdecydowanie polecam zarezerwować sobie na Petrę co najmniej dwa dni (ewentualnie jeden, ale od rana do wieczora). Jest tam mnóstwo ciekawych rzeczy do zobaczenia i raczej szkoda ograniczać się tylko do kilku najbliższych atrakcji, przy których jest największy tłok. Minusem tego miejsca są naciągacze, którzy próbują namówić gości na przejażdżkę odpowiednio na: koniu (od kas do wejścia do kanionu), bryczce (od wejścia do kanionu do skarbca), wielbłądach (od skarbca do wielkiej świątyni) lub osiołkach (od wielkiej świątyni do monastyru oraz w innych stromych miejscach). Mimo wszystko nie są jednak szczególnie nachalni, ponieważ łatwo im znaleźć klientów wśród wyczerpanych turystów w tak rozległym miejscu. Dodatkowo wielu z nich jest ucharakteryzowana jak Johnny Depp w Piratach z Karaibów – ot, taka lokalna ciekawostka. A może to kapitan Jack Sparrow nosił się po jordańsku?

Petra – antyczny teatr z lotu ptaka (prawie)

Z Petry po południu udaliśmy się autobusem do Ammanu. W Jordanii jest jedna spółka autobusowa nastawiona na turystów, posiadająca stronę internetową po angielsku, na której można robić rezerwacje. Co prawda nie działają, ale można. Później jeszcze zrobiłem dla pewności drugą rezerwację telefonicznie, którą też nikt się nie przejął – ale ostatecznie miejsce w komfortowym, klimatyzowanym autobusie się znalazło. Niestety na lokalnych busikach nie można za bardzo polegać przy napiętym harmonogramie, ponieważ jeżdżą zazwyczaj tylko do południa i odjeżdżają tylko, gdy się zapełnią. Ewentualnie – jeśli ktoś jest zdesperowany – można dopłacić za brakujących pasażerów. Taką atrakcję zaplanowaliśmy sobie na kolejny dzień, na relatywnie bezpiecznych trasach, ale nie doszła do skutku, o czym za chwilę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.