Izrael i Jordania, czyli Bliski Wschód dla początkujących

Wycieczka na Bliski Wschód nadeszła dość niespodziewanie – na początku marca okazało się, że mamy do wykorzystania 7 dni urlopu do końca miesiąca. Warunki były proste: ma być ciepło i niedrogo. Mieliśmy zupełnie inne plany wakacyjne, ale Skandynawia nie zaspokaja żadnego z powyższych wymagań, więc trzeba było szybko znaleźć alternatywę.  W tym okresie kryteria te spełniały dwa kierunki: Izrael oraz Maroko. Wybraliśmy pierwszy, a jako że zawsze chcieliśmy odwiedzić wspaniałą Petrę, dorzuciliśmy do tego Jordanię. Zupełnie przypadkowo okazało się, że w związku z tym spędziliśmy Wielkanoc w Jerozolimie.

Lotnisko w Tel Awiwie – kolejki do kontroli celnej

Do Izraela co prawda nie potrzebujemy wizy, ale na granicy każdy podlega szczegółowemu sprawdzeniu. Różni się ono znacznie w zależności od przejścia granicznego – na szczęście na lotnisku w Tel Awiwie idzie to najsprawniej, więc stanie w kolejce do odprawy zajęło nam niecałą godzinę – i dobrze, bo byliśmy tam późno wieczorem, a nocą pociągi nie jeżdżą i musielibyśmy wielokrotnie przepłacić za taksówkę.

Lotnisko w Tel Awiwie – żeby nikt nie miał wątpliwości, gdzie wylądował…

Planowanie poruszania się transportem publicznym po Izraelu jest dość skomplikowane ze względu na szabat. Okazuje się, że od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę praktycznie nic nie jeździ, a na naszą 10-dniową podróż przypadały dwa takie okresy. Jako że przylatywaliśmy do Tel Awiwu w czwartek, zależało nam na tym, aby dostać się do Jordanii jeszcze przed rozpoczęciem szabatu.

Malowidła naścienne w hostelu w Tel Awiwie

W związku z tym zdecydowaliśmy się na krótki nocleg w miejscu, do którego łatwo dostać się z lotniska, a z którego jest niedaleko do stacji autobusowej. Nie było to takie proste, ponieważ hotele w największym mieście Izraela do tanich nie należą. Zaryzykowaliśmy i wybraliśmy hostel, który nie miał jeszcze żadnych ocen w Internecie, dzięki czemu był o połowę tańszy. Na miejscu okazało się, że otworzyli go zaledwie dwa dni wcześniej i częstowali gości samodzielnie warzonym piwem – tyle wygrać!

Najprawdopodobniej niereprezentatywne ulice Tel Awiwu

Tel Awiw nas nie zachwycił, ale nie oszukujmy się – nie zobaczyliśmy tam zbyt wiele. Przeszliśmy się po ulicach późnym wieczorem i wczesnym rankiem, ale z dala od atrakcji turystycznych. Wielką zaletą Tel Awiwu są rzekomo plaże i mieliśmy to sprawdzić ostatniego dnia wycieczki, ale w końcu do tego nie doszło, o czym więcej w dalszej części wpisu.

Centralny dworzec autobusowy w Tel Awiwie

O 8:00 mieliśmy wsiąść do autobusu i pojechać do miejscowości wypoczynkowej Eilat, leżącej nad Morzem Czerwonym… aby tam przekroczyć granicę do Jordanii przed nastaniem szabatu. Bilety na tę trasę należy rezerwować z wyprzedzeniem – próbowałem zrobić to telefonicznie z Polski, ale najwyraźniej nic z tego nie wyszło, ponieważ nasza rezerwacja nie istniała. Szczęście w nieszczęściu – wolne miejsca były już w następnym autobusie o 9:30 (podobno może być ciężko w sezonie). Na stacji autobusowej każdy mówił po angielsku: sprzedawcy, pasażerowie, kierowcy, żebracy… z wyjątkiem oczywiście sprzedawcy biletów, bo to byłoby za proste.

Pustynia Negew z okna autobusu

Podróż na południe była bardzo przyjemna – autobus był nowoczesny i wygodny, chociaż w połowie kazano nam się przesiąść, ponieważ wsiadał rabin i musiał zająć miejsce z przodu… Po drodze mieliśmy fantastyczne widoki – jechaliśmy przez wzgórza pustyni Negew. W teorii mogliśmy wysiąść przy samym przejściu granicznym, ale mieliśmy jeszcze kilka godzin do zagospodarowania, więc dojechaliśmy do końca i poszliśmy obejrzeć Eilat i wykąpać się w Morzu Czerwonym. Wędrowanie po plaży z pełnymi plecakami przy 30 stopniach Celsjusza nie jest może najprzyjemniejsze, ale woda była tym, czego potrzebowaliśmy! Sam kurort był raczej typowy, chociaż bardziej przyjazny pieszym niż np. Hurghada w Egipcie.

Eilat pełne jest takich kolorowych ryb

Do granicy z Jordanią musieliśmy dojechać taksówką, ponieważ w międzyczasie zaczął się szabat. Przeprawiliśmy się szybko i przyjemnie, gdyż przejście pomiędzy dwoma kurortami Eilat i Akaba służy wyłącznie pieszym i jest tam bardzo mały ruch. Niestety trochę nas to kosztowało – opuszczając Izrael lądem zawsze trzeba zapłacić ok. 100 NIS (przelicznik na PLN to praktycznie 1:1, co tym dobitniej pokazało nam, jak drogie jest to państwo), a do Jordanii trzeba mieć wizę. Zasady i koszty wydawania wizy jordańskiej to materiał na osobny artykuł – na każdym przejściu granicznym wygląda to inaczej, zależy też od tego, ile dni tam zostajemy i czy odwiedzamy Petrę – my jednak z wyprzedzeniem opłaciliśmy Jordan Pass, który pokrywał zarówno koszty wizy, jak i biletów wstępu do większości atrakcji.

Plaża w Eilat; miasto i wzgórza widoczne w tle są już po stronie jordańskiej (Akaba)

Po drugiej stronie tego przejścia jest taki trochę dziki zachód – nie ma komunikacji miejskiej, nie można też przejść kilku kilometrów do miasteczka pieszo – jedyną opcją jest skorzystanie z usług mafii taksówkarskiej. Pasażerów do taksówek rozdziela ‚big boss’ i nie ma możliwości negocjacji (jedyne takie miejsce w Jordanii). Na szczęście wcześniej zarezerwowaliśmy sobie nocleg na pustyni, więc nie musieliśmy przez to przechodzić – czekał na nas już umówiony kierowca (który musiał jednak zapłacić bossowi łapówkę).

Wioska Wadi Rum

Na szczęście okazało się, że reszta tego kraju jest dużo bardziej przyjazna. Kierowca bez problemu zabrał nas do bankomatu w Akabie, a później do Wadi Rum, po drodze opowiadając to i owo o mijanych okolicach. Na południu Jordanii znajduje się jedyna w kraju trasa kolejowa, ale jeżdżą tam wyłącznie pociągi towarowe. Gdy dojechaliśmy do wioski, odebrał nas przedstawiciel firmy organizującej nocleg i zawiózł nas samochodem terenowym do namiotu (taksówka nie dałaby już rady, asfalt kończył się w wiosce). Znaleźliśmy się na prawdziwej piaszczysto-skalistej pustyni.

Wadi Rum – nasza baza wypadowa

Wadi Rum (ta nazwa odnosi się zarówno do nieciekawej wioski, jak i do samej pustyni) jest zdecydowanie warta odwiedzenia, co możecie zobaczyć na załączonych zdjęciach. Ma w sobie wszystko – piasek, wydmy, piasek, skały, piasek, kaniony, piasek, oazy, piasek, nomadów, piasek, wielbłądy i piasek. Na własną rękę nie da się za bardzo jej zwiedzić, ponieważ jest to rezerwat, natomiast na miejscu jest mnóstwo osób oferujących podobne usługi, tj. podwózkę do najciekawszych miejsc samochodem terenowym lub wielbłądem i opcjonalnie noclegi (tanie) z posiłkami (bardzo drogimi). Oczywiście im dłużej się tam zostaje, tym więcej można zobaczyć. My zdecydowaliśmy się na jeden dzień i dwie noce.

Wadi Rum – jedna z oaz

Niestety podczas naszego pobytu było spore zachmurzenie i nie było nam dane obejrzeć wspaniałego, rozgwieżdżonego nieba, które powinno wyglądać fantastycznie w tak niezurbanizowanych okolicach – zwłaszcza że każdy gospodarz oferuje tam ‚nocleg pod gwiazdami’ – czyli wywozi gości wieczorem na pustynię, zostawia ich w pobliżu jakiejś skały chroniącej od wiatru i wraca po nich rano. Tutaj z kolei mocny wiatr pokrzyżował nasze plany – zbyt dużo piasku unosiło się w powietrzu, aby przyjemnie przespać się pod gołym niebem.

Panorama Wadi Rum

Odwiedziliśmy za to mnóstwo innych atrakcji Wadi Rum – powspinaliśmy się na łuki skalne i do oazy, przeszliśmy przez dwa kaniony, obejrzeliśmy pozostałości rzekomego domu Lawrence’a z Arabii (polecam film), posłuchaliśmy beduińskiej muzyki, zjedliśmy beduińskie jedzenie i obejrzeliśmy zachód słońca nad pustynią, pijąc beduińską herbatkę przyrządzoną na miejscu. Pomimo niesprzyjającej pogody i raczej wysokich cen, nie żałujemy pobytu w tym miejscu (chociaż można było trafić na bardziej rozmownego kierowcę niż nasz).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.