Hangzhou, czyli dlaczego może jednak warto wybrać się do Chin?

Do Hangzhou przybyłem z dwudniowym opóźnieniem – przeczytać o tym możecie w poprzednim wpisie – więc już na starcie nie byłem zbyt pozytywnie nastawiony (co zupełnie nie współgra z moją naturą). Pierwsze wrażenie poprawiła trochę podróż pociągiem, która była szybka i bezproblemowa. Mówiąc „szybka”, naprawdę mam to na myśli – 1200km w 5h. To jest o połowę dalej i 3 razy szybciej niż ze Szczecina do Przemyśla.

Warto tutaj napomknąć, że do niedawna nie było tak kolorowo. Zwykłe pociągi pokonują tę trasę w 16h (czyli średnia prędkość podobna jak u nas), ale przed Igrzyskami w 2012 roku rozbudowano w Chinach sieć szybkich pociągów.

Pociąg utrzymywał stałą prędkość w okolicach 300km/h
Pociąg utrzymywał stałą prędkość w okolicach 300km/h

Do Hangzhou przybyłem w godzinach popołudniowych. Czekał na mnie zamówiony wcześniej kierowca – i tutaj miało miejsce pierwsze faux pas. Wyciągnął rękę na przywitanie, a gdy zrobiłem to samo, okazało się, że po prostu chciał przejąć mój bagaż. No cóż, lepiej pomylić się tak, niż w przeciwną stronę.

Przy okazji warto napomknąć o bezpieczeństwie w Chinach. Aby dostać się na peron, musiałem przejść przez dwie bramki i posterunek – zdecydowanie czułem się bezpiecznie. O ile na dworcu jest pełno ludzi, o tyle na peronie nikt nie czeka – ludzie przychodzą dopiero, gdy jest podstawiany ich pociąg.

Samo Hangzhou jest miastem biznesowym, a więc relatywnie „europejskim”. Da się to zauważyć np. na drogach – czasami nawet ktoś się zatrzymał przed przejściem dla pieszych, co było nie do pomyślenia w Pekinie. Załóżmy tutaj, że nie miały na to wpływu flashe migające kierowcom prosto w oczy, gdy się do tych przejść zbliżali… Jest to ciekawe uczucie – miałem wrażenie, że co przecznicę łapał mnie radar.

Hangzhouańskie centrum handlowe
Hangzhouańskie centrum handlowe

To może być dobry moment, żeby opisać, jak poprawnie wymawia się tę nazwę. Tak szczerze to nie jestem pewien, ponieważ każdy Chińczyk miał na ten temat własne zdanie: Hangdżou, Hangczou, Hangdżo, Hangszu… Lokalsi używali pierwszej formy, więc tego się trzymajcie, jeśli np. czytacie ten wpis na głos rodzinie i znajomym.

W Hangzhou byłem służbowo, więc nie miałem zbyt wiele czasu na zwiedzanie – uprawiałem głównie turystykę kulinarną. Było mi dane spróbować dań z kilku różnych kuchni, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Z góry zaznaczę, że żadne z nich nie smakowało jak „kurczak a’la kaczka” od Chińczyka za rogiem – azjatycka chińszczyzna znacznie różni się od europejskiej chińszczyzny.

Krewetki na patyku
Krewetki na patyku

Pierwszy wieczór minął pod znakiem kuchni lokalnej. Nie wiem jak Wam, ale mi powyższe danie nieodmiennie kojarzy mi się ze słynną iguaną na patyku z Fallouta. Smakowało tak, jak wyglądało – dobrze, chrupiąco i krewetkowo.

Przy okazji muszę przyznać, że byłem zaskoczony gościnnością Chińczyków. Polacy są znani z tego, że próbują każdego ugościć jak najlepiej, ale Chińczycy wcale nam nie ustępują. Każdego wieczoru ktoś zapraszał mnie na kolację, na którą dodatkowo byłem wożony bezpośrednio z hotelu – pomimo prób odmowy i samodzielnego skorzystania z komunikacji miejskiej, co zawsze lubię robić za granicą. Gospodarze dbali o to, żebym się nie nudził i nie zgubił – i poświęcali na to swój prywatny czas.

Bardzo podoba mi się również kultura jedzenia ze wspólnych talerzy. Jedzenie grupowe w restauracjach wygląda podobnie jak polskie imprezy rodzinne – na środku (albo na obrotowym stole) stoją potrawy i z każdej można trochę uszczknąć, aby posmakować jak najwięcej z nich, nie przejadając się przy okazji (w odróżnieniu od polskich imprez rodzinnych).

Pieczony jednorożec na obrotowym stole
Pieczony jednorożec na obrotowym stole

Warto również zauważyć, że ciężko mówić o „chińskiej” kuchni. W okolicach Hangzhou dania są delikatne, kuchnia seczuańska jest pikantna, a w Guangzhou jada się robaki. Tych ostatnich chciałem koniecznie spróbować, ale powiedziano mi, że w Hangzhou zwyczajnie nikt ich nie serwuje – co zrozumiałem jako „nikt ich nie serwuje w relatywnie higienicznych warunkach, które możemy pokazać komuś z zewnątrz”.

Jednym z lokalnych przysmaków jest skóra kaczki podawana w stylu Ikei – należy wziąć naleśnika do ręki i włożyć do niego to, na co ma się ochotę – czyli kawałek kaczki i wybrane warzywa. Miejscowe słodycze są zazwyczaj mało słodkie, a często można się pomylić i kupić coś słonego (i szalenie pikantnego) jako przekąskę.

Lokalne dania
Lokalne dania

Powyższe zdjęcie pochodzi ze zwykłej restauracji, do której zabrali mnie chińscy znajomi. Na miejsce dojechaliśmy Uberem, który okazał się kilkukrotnie tańszy od taksówek. Knajpa znajduje się na skraju parku rozciągającego się wokół Jeziora Zachodniego – głównej atrakcji turystycznej miasta. Niestety pracę kończyliśmy o 18, więc za wiele nie było widać – tak czy inaczej wydaje się ono bardzo przyjemnym miejscem, gdy akurat nie gryzą komary (zostałem przewieziony wokół). W zasadzie nie powinienem pisać „niestety”, ponieważ temperatury na poziomie 35 stopni Celsjusza przy sporej wilgotności nie są najlepszą zachętą do zwiedzania za dnia.

Owoce morza można było wybrać bezpośrednio ze zbiornika
Owoce morza można było wybrać bezpośrednio ze zbiornika

Ostatniego wieczoru wybraliśmy się na zwiedzanie sklepów (nie mój pomysł) oraz bulwarów nad rzeką Qiantang Jiang. Pozwólcie, że nie będę się rozwodził nad centrum handlowym, które zresztą wieczorem wyglądało na opuszczone. Krótko opiszę tylko dwie ciekawe knajpy: pierwsza to restauracja tajska, w której jedliśmy kolację, a w której dania wybierało się aplikacją na smartfon (skanowało się kod QR ze stołu i zamawiało klikając wybrane potrawy na ekranie, co pozwalało kelnerom skupić się na pozostałych zadaniach i nie wymagało od nich znajomości angielskiego), natomiast druga mieściła się naprzeciwko i pozwalała samemu sobie przygotować jedzenie – na środku każdego stołu znajdował się palnik. Ciekawy pomysł na oszczędność odpowiednio na kelnerach i kucharzach.

Widok z bulwarów przez rzekę
Widok z bulwarów przez rzekę

Wróćmy jednak do spaceru nad wodą. Tutaj spotkałem pierwsze ślady tego, co zachwyciło mnie później w Pekinie – mnóstwo ludzi spędzających czas na „świeżym” powietrzu w grupach – w tym przypadku było to karaoke. Byli też tańczący staruszkowie i mnóstwo młodych osób uprawiających sport.

Uliczne karaoke - częsty widok
Uliczne karaoke – częsty widok

Samo określenie „świeże powietrze” wymaga osobnego akapitu. Smog w Chinach jest bardzo dużym problemem, co w szczególności widać na zdjęciach z Pekinu. Hangzhou również się w ten negatywny trend wpisuje, chociaż skala jest mniejsza. Co ciekawe, gdy tam byłem, miasto przygotowywało się do goszczenia szczytu G20. Chiny dbają o swój wizerunek, więc przed szczytem zamknięto znaczną część fabryk i ograniczono ruch uliczny, aby obniżyć poziom zanieczyszczenia powietrza, a oprócz tego oczywiście wyczyszczono, odmalowano i ozdobiono całe miasto – dobry moment na zwiedzanie. W trakcie samego szczytu prawie wszyscy mieszkańcy mieli wolne i zachęcano ich do odwiedzania rodzin poza miastem. Pochwalałbym to, gdyby nie fakt, że później wielu z nich musiało odpracować ten okres w weekendy.

Ostatnim punktem wieczoru był spacer po okolicach hotelu, które znacząco kontrastowały z biznesowym centrum miasta. Nawet po północy mnóstwo straganów było otwartych i można było kupić wiele ciekawych potraw, ale my woleliśmy nie ryzykować dzień przed kolejnym lotem.

Wszystko na patyku
Wszystko na patyku

Hangzhou żegnałem z mieszanymi uczuciami – miejsce ładne, ale raczej nie nadaje się na cel wycieczek. Jest to również jedno z najbardziej „europejskich” miast w Chinach, więc jeśli ktoś szuka egzotyki, to raczej nie tutaj. Jako bonus wrzucam zdjęcie pokazujące, co można zrobić, aby betonowe konstrukcje wyglądały lepiej. To wyjątkowo była stała ekspozycja, a nie ozdoby dodane z okazji szczytu G20.

"Zielony" wiadukt
„Zielony” betonowy wiadukt

Nawiązując do zakończenia poprzedniego wpisu powiedziałbym, że może jednak warto odwiedzić Chiny – tylko jeśli ktoś zamierza się po nich poruszać, powinien wybrać pociąg, a nie samolot. Samochodów nawet nie wymieniam z powodów, które opiszę w mojej relacji z drugiej wizyty w Pekinie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.